środa, 21 listopada 2012

Pytanie retoryczne


Nigdy nie byłem pieprzonym casanovą. Mam brzydki ryj, krzywe nogi, wielki bybzon, rude włosy i fatalnie się ubieram. Nic więc dziwnego, że lecą na mnie wyłącznie ślepe i kulawe pięćdziesiątki bez dwóch zębów z przodu, grube nimfomanki bez cycków oraz babcie po sześciu zawałach. Można śmiało stwierdzić, że dzięki swojej bylejakości idealnie wpasowuję się w ich target. Sam także nie jestem specjalnie wybredny, biorąc to co daje los, i choć odwiedziłem już większość pubów w moim mieście, to i tak bzykam się raz na ruski rok.

Pewnego wieczora postanowiłem to jednak w sobie zmienić. Przełamać barierę nieśmiałości i zagadać do dziewczyny, która będzie mi się najzwyczajniej w świecie fizycznie podobać.

Podpierałem właśnie ścianę sącząc z wolna sok pomidorowy z wódką, gdy do środka weszła ona. Lokal od razu wypełnił się dziwnego rodzaju światłem, jakie od niej biło. Dziewczyna była piękna, całkowicie przekraczając swoim wyglądem ustalone przeze mnie pojmowanie boskości. Miała piękne, pofalowane blond włosy, które działały na mnie niczym kocimiętka na koty. Coś w spodniach od razu zesztywniało, a gdy tylko spojrzałem ma jej nogi czułem, że mój penis za chwilę rozszarpie rozporek chcąc wydostać się na zewnątrz. Boże, jakie ona miała nogi! To chyba sam Charles Bukowski twierdził, że piękne nogi pozwalają mężczyźnie wyobrażać sobie, że między nimi uda się odnaleźć raj utracony. I ten stary dziadyga miał rację! W mojej głowie z prędkością TGV zaczęły przelatywać wyobrażone obrazy najbardziej soczystej cipki świata. I, wierzcie lub nie, podpity kilkoma drinkami, odważyłem się do niej podejść.

Pierwsza próba okazała się nie udana, a wieża nie pozwoliła mi spróbować wylądować. Do dziewczyny podeszły bowiem koleżanki, zasłaniając obrany przeze mnie kurs, więc nie pozostało mi nic innego, jak powrócić do swojego ciemnego kątka, zamówić następną krwawą Mary i ponownie uciec do świata wyobrażeń, czekając na ten jeden, właściwy moment.

Dziewczyny rozmawiały ze sobą dłuższą chwilę, lecz i tak mój marynarz trwał dzielnie na pokładzie nie pozwalając statkowi pójść na dno. Po jakimś kwadransie koleżanki postanowiły jednak oddalić się w innym kierunku, pozostawiając dziewczynę samą, a ja miałem chwilę na to, by zebrać się w sobie i ponownie ruszyć w jej stronę. Pech nie przestawał mnie jednak prześladować, gdyż stojąc już niemal na przeciwko niej dostrzegłem, że dziewczyna obraca się na pięcie, by udać się do najbliższej ubikacji. To dało mi jeszcze większego kopa. Do tej pory nigdy nie czułem aż tak wielkiego zdeterminowania w zagadaniu do jakiejś dziewczyny. Poprosiłem barmana o dwie setki. Błyskawicznie wlałem je sobie do gardła. Pomyślałem, że dzięki magicznemu napojowi będę bardziej odważny, niż jestem zazwyczaj. Wystarczyło tylko i wyłącznie zaczekać aż blond bóstwo wyjdzie z ubikacji. A wtedy podejdę do niej i oczaruję rozmową. Tak, teraz nic nie mogło popsuć moich planów. Nawet gdyby w tym samym momencie na pogawędkę z nią zdecydowało się milion kobiet i dwa razy więcej facetów, to ja, wykorzystując mikrą muskulaturę swojego ciała, rozepcham się łokciami i przedostanę do niej. Wszystko, by zrealizować ustalony na ten wieczór cel. Zagadam. Tylko tyle i aż tyle, ale zagadam.

W oczekiwaniu na dziewczynę, postanowiłem zamówić jeszcze jedną setkę. Doszedłem bowiem do wniosku, że i ten kieliszek w niczym mi nie przeszkodzi, a może nawet stanowić ostatnią deskę ratunku w wypadku, gdyby kilka poprzednich nie zadziałało z odpowiednią mocą. Wódka powoli zaczynała szumieć w głowie, a usta próbowały formułować zdania. Pozostawało tylko czekać.

Po chwili dziewczyna wyszła z toalety, a moje serce zaczęło mocniej bić. Sztuczna odwaga sztuczną odwagą, ale tak czy siak natury nie oszukam. Nie mam podejścia do kobiet, dlatego mój start jest tak bardzo utrudniony. Z drugiej jednak strony obiecałem sobie, że do niej podejdę i choć nadal targany byłem cholernie wielkim konfliktem wewnętrznym, to głos rozumu z krocza okazał się decydujący. Ruszyłem przed siebie, by już po chwili znaleźć się obok dziewczyny stojącej nadal przy drzwiach do toalety. Aktualnie rozglądała się na boki, tak jakby szukała partnera dzisiejszego wieczora. Tak, pomyślałem, to moja szansa. Podejdę i zagadam. Podejdę i zagadam. Zagadam, zagadam, zagadam...

W końcu znalazłem się w zasięgu jej wzroku. Spojrzała na mnie, a ja speszyłem się jak mały dzieciak. Na chwilę strach ścisnął mi gardło, jednak po kilku głębszych oddechach odważyłem się odezwać.

- Srałaś? - spytałem.

wtorek, 6 listopada 2012

Lustro


- Czy to już czas? - spytał niepewnie, jakby bojąc się odpowiedzi.
- Nie wiem - usłyszał. Nigdy nie lubił dwuznaczności jego słów. Wolał usłyszeć prostą komendę zawartą w trzech literach: tak lub nie. Nie wiem natomiast oznaczało stan gdzieś pomiędzy. Prawie tak albo prawie nie. Prawie gotowy i prawie niegotowy. Przygotowany i nieprzygotowany. Chętny i niechętny. Sam środek osi.

- Więc kiedy? - kontynuował licząc, że w końcu uda mu się z niego wydusić ostateczną odpowiedź. Sam nie potrafił zdecydować. Nigdy nie potrafił. Jego wybory zawsze były nietrafione, ciągle popełniał błędy. Dlatego teraz zdecydował się liczyć na kogoś innego. Z takich sytuacji nie ma dobrych wyjść. Są tylko minimalnie lepsze od tych najgorszych.
- Przyjacielu... Jesteś pewien, że tego chcesz?

Chwilę milczał. Nie był tego pewien. Niczego już nie był pewien. Patrzył mętnym wzrokiem w lustro i drapał się po policzku. Skąd miał wiedzieć, czy to odpowiedni moment? Do tej pory nie musiał przekonywać siebie samego o zbawiennym działaniu przemijania. Próbował żyć pełnią życia, choć nie umiał nabierać powietrza w płuca. Wszystko było takie udawane. Nawet oddychanie. Dlatego chciał się tego pozbyć. Raz na zawsze.

- Jestem pewien bardziej niż kiedykolwiek - odparł, lecz w jego głosie nadal dawało się wyczuć nutkę niepewności.
- Nie zrobimy tego, jeśli nie będziesz całkowicie pewien. Wątpliwości tylko psują przyjemność.
- Kiedy ja naprawdę nie wiem! - podniósł głos.- To trudne. Zbyt trudne. Dlaczego nikt nie może zdecydować za mnie? Dlaczego nikt nie chce mi pomóc?
- Przyjacielu... Bo to twoje życie. To twoje wybory i tylko do ciebie należą ostateczne decyzje. Musisz starannie zaplanować każdy ruch. Jak w szachach. Jedno posunięcie przesądza o kolejnym. Najważniejsza jest strategia. Bez niej przegrywasz na starcie, nawet z niedoświadczonymi zawodnikami, którzy nie potrafią rozróżnić figur.

Po policzku spłynęła mu łza. Widział ją. W dalszym ciągu patrzył w lustro. Siedział naprzeciw na niewygodnym krześle i głupio wpatrywał się w lustro. Nie myślał już praktycznie o niczym. Wytarł łzę i wciągnął powietrze w płuca.

- Jestem gotów - stwierdził najpewniej jak tylko mógł, próbując chyba oszukać mijający czas. Był przekonany, że chwilę później nie odważyłby się na taką deklarację. Nie znalazłby w sobie tak wielkich pokładów odwagi. To był jedyny właściwy moment i jedyna właściwa decyzja.
- W takim razie zaczynaj - odpowiedziało lustrzane odbicie. Spojrzał raz jeszcze na samego siebie. Po raz ostatni, jakby chcąc zapamiętać tę twarz przeoraną przez porażki. Uśmiechnął się pod nosem.
- A więc tak wygląda koniec - powiedział, po czym rozbił lustro. Przeminął...

czwartek, 1 listopada 2012

Słońce


Słońce zawsze świeci albo za słabo, albo za mocno, nigdy tak jak powinno. Nigdy nie udaje mu się rozświetlić naszej planety w sam raz. Ciągle musimy mrużyć oczy, nie dostrzegając tego, co dzieje się dookoła. Powoli przyzwyczajamy się do takiego stanu, nie otwieramy szeroko oczu, zapominamy o pięknie wszechświata. Przez przybierające rozmiar szparki oczy widzimy tylko to, co widzieć chcemy. Nigdy i zawsze. I tak wkoło...

Dzisiaj słońce świeciło za słabo, jakby bojąc się wychylić spod pierzyny gęsto zasianych cumulusów. Świat szarzał, nawet poranek był szary. Wszechponurość i dogłębna burowatość ogarniała swoimi ohydnymi łapskami otaczającą mnie całość. Brudne, lepiące się od syfu, obszczane ulice, plugawe spojrzenia ludzi życzących mi śmierci, psy srające na chodnik, menele rzygający pod krzakiem. Łyse pały w dresach na ławce, stare baby w oknach. Prostytutki w dziurawych pończochach i obcisłych mini. Kościelne przekupki w imię ojca, hałaśliwe bachory na placu zabaw. I to pieprzone, za słabo świecące słońce.

Psychopaci zagłębieni w ideałach spaczonej teraźniejszości, romantycy próbujący zmienić przeszłość i przyszłościowi innowatorzy. Dziadek żebrzący o drobne na wino i nowobogacki młodziak w garniturze z teczką pełną dokumentów. Ulice zatłoczone samochodami, chodniki zatłoczone ludźmi, powietrze zatłoczone spalinami, umysły zatłoczone nadzieją na lepsze jutro.

Ciepła kawa o wschodzie leniwego słońca, czysta, pachnąca koszula uczłowieczająca moje zewnętrzne jestestwo, tosty z dżemem, mruczenie kota błagającego o miskę suchej karmy. Poranne wiadomości z uśmiechniętymi prezenterami zakłamującymi rzeczywistość, prognoza pogody, blok reklam i moje myśli. Poranne myśli o złowrogości wszechświata. Fałszu każdego człowieka. Pieprzonym zakłamaniu pary błękitnych oczu.

Młoda matka z płaczącymi dziećmi na ramieniu, ambicje rodziców, którzy nigdy nie wybaczą mi porzucenia studiów, chwile utrwalone na migawkach fleszy. Cierpienia młodego Wertera przestającego powoli wierzyć w wypacykowaną ideę plastikowej miłości. Romeo szukający Julii w burdelach. Seks za pieniądze, pocałunek za drobne. Serce w gardle i pusty żołądek. Chwila uniesień bez niczego więcej. Wszystko przez słońce...

Skrzypiące krzesło pozostawione przez byłą właścicielkę mieszkania i kulawy stół, chyboczący się na boki z powodu nierównych nóg. Drewniany parkiet, nieuszczelnione okna, szum w głowie, niespuszczona woda w kiblu. Degrengolada.

Słowa rzucone na wiatr. Huragan wyrazów, tsunami zdań i cisza po burzy. Poezja śpiewana, wiersze Gajcy, alkoholowa proza dziadygi Bukowskiego, butelki po piwie pod kaloryferem. Kapiący kran, niezasłane łóżko, plakat Marylin Monroe na ścianie, dźwięki Pidżamy Porno.

Wszystkie kobiety, które chciałem pokochać, a nie potrafiłem. Każde przelotne uczucie, baśniowe uniesienia pierwszych kontaktów seksualnych, głęboki sen po męczącym dniu. Denerwujący alarm samochodu i odgłos budzika o 6:30. Poimprezowy kac, dziura w skarpetce, fałszywi przyjaciele, wygaszacz ekranu na monitorze. Kolejny niepewny dzień przepełniony obawą o samego siebie. Nienawiść do tego co robię i uwielbienie tego, o czym myślę. Dwutorowość, podział metafizyczności. Niewiedza i przerywający długopis, którym próbuję zebrać myśli w całość. Wojna ze sobą. Pamiętnik. Sztandar nowego dnia niesiony na barykadę. Krew z krwi, duch z ducha. Brak światłości, brak perspektyw. Brak nadziei na lepsze jutro. Wszystko topi się we mnie, zło przyciągane z siłą magnesu. Rozbitek na wyspie oceanu codzienności. Kolejna kartka w kalendarzu. Stempel pod kartą pracy. Ósma - szesnasta, ósma - szesnasta.

Zegarek spowalniający minuty, zamieniający dni w lata. Godzina za godziną, oddech za oddechem...

Życie przecieka nam przez palce a my, jak małe dzieci, nie zwracamy na to uwagi, by móc krotochwilnie bawić się z kolegami w chowanego. Następny łyk kawy. Czas stawić czoła nowemu dniu. Bo co innego mi pozostało?

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates