Czasami rano dochodzę do wniosku, że nie opłaca się wstawać. Przekręcam się na bok i patrzę na budzącą się Łódź widzianą z perspektywy pierwszego piętra kamienicy, w której mieszkam. Widzę ludzi biegnących na autobus do pracy, uczniaków pędzących do szkół, cały ten tętniący organizm społeczny, a sam tkwię, zatopiony w marazmie swojego jestestwa, pod ciepłą pierzyną pytań bez jednoznacznych odpowiedzi. Minuty mijają płynnie, jednym uciekając za szybko, innym przemijając za wolno, bijąc we własnym, niemierzalnym przez nikogo tempie. Homeostatyczna nierównowaga czasu. Ich sansara na biegunie z moją sansarą. Kołowrót narodzin i śmierci prowadzący do poznania nagromadzonej karmy.
Po jakimś czasie podnoszę się z łóżka i idę do kuchni. Włączam czajnik, do kubka wsypuję trzy, czubate łyżki kawy. Nie chcę sobie nawet przypominać, co robiłem wczoraj i dlaczego tak bardzo boli mnie głowa. Czekając na głośne "pstryk" symbolizujące zagotowanie wody, wracam do pokoju i otwieram drzwi balkonowe, żeby zapalić papierosa. Kofeina i substancje smoliste z dnia na dzień skracają moją egzystencję, a ja, już nawet nie tyle, co godzę się na to, ale z własnej woli przyczyniam się do osobistego rozkładu. Ludzie dalej gdzieś biegną, zmierzają w nieznanym mi kierunku, tylko ja, tkwiąc ponad nimi na balkonie swym z papierosem w dłoni, zastanawiam się, czy moja własna apoptoza ma sens. Czy ten naturalny proces zaprogramowanej śmierci komórki w wielokomórkowym organizmie społeczeństwa może stanowić odpowiedni epilog jakiejkolwiek egzystencji i czy fin de siecle pojedynczej komórki faktycznie ma na celu uzdrowienie całego organizmu, czy też stanowić może bardziej niezauważalną kontestację tego, co nas otacza, bez żadnego na to otoczenie wpływu. Filozoficzne dyrdymały godzin porannych, w trakcie trwania których nikt nie ma czasu, by zatrzymać się choć na moment i zastanowić nad sensem tego wszystkiego.
Ostatnio zacząłem czytać więcej o buddyzmie. Sam nie wiem dlaczego. Pochłonęło mnie zgłębianie wiedzy o systemie filozoficznym dalekiego Wschodu. Być może na obecnym etapie życia po prostu potrzebuję buddyjskiego wyciszenia, pewnego rodzaju medytacji umysłowej, odnalezienia własnej, nowej drogi. Nie poszukuję boga, poznania się ze stwórcą, możliwości z nim rozmowy, bo chyba nie potrafię znaleźć w sobie tej wewnętrznej siły, która umożliwiłaby mi uwierzenie, że gdzieś ponad nami istnieje jakaś wyższa forma życia, która stworzyła wszystko to, co nas otacza, ale mimo to próbuję zrozumieć, umysłem swym ogarnąć, w jakikolwiek możliwy sposób, system kreujących nas wartości. Panaceum swojego człowieczeństwa wyszukać.
Wypełniam wodą kubek, na dnie którego usypałem niemały kopczyk z kawy. Mieszam czarny płyn z zadowoleniem cierpiętnika, który uzmysłowił sobie, że być może po raz ostatni jest mu dane wypić kofeinowy napar. W buddyzmie pojęcie przezwyciężenia cierpienia ma kluczowe znaczenie i związane jest z naukami o Czterech Szlachetnych Prawdach, które ukazują Szlachetną Prawdę o Ścieżce Prowadzącej do Ustania Cierpienia, oraz naukami o uwarunkowaniu dwunastu ogniw współzależnego powstawania. Moja duhkha dorasta wraz ze mną, z każdym kolejnym łykiem kawy, kolejnym dopalonym papierosem, kolejnym kieliszkiem wódki. Kim tak naprawdę jestem? Trybikiem w większej maszynie, czy niezależną maszyną samą w sobie, która samoistnie potrafi się zregenerować? Czy życie nasze sumą poprzednich żyć naszych, a może zbiorem żyć wszystkich poznanych i niepoznanych osób, które wpłynęły na to, jakimi obecnie jesteśmy? Czy bez tych osób takim samym bym był, a może to właśnie oni sprawili, że stojąc przy otwartych drzwiach balkonowych z kubkiem ciepłej kawy w dłoni zastanawiam się nad znaczeniem egzystencji naszej w większym zbiorze wszystkich egzystencji?
Dostojewski napisał kiedyś, że bez cierpienia nie pozna się szczęścia i to praktycznie podsumowanie całej filozofii buddyjskiej. Być może dalekowschodni mnisi mają rację, a prawdziwym sensem życia naszego jest ostateczne wyzwolenie się od cierpienia i odnalezienie nirwany. Być może podążanie Drogą pełną kocich łbów kształtuje nasz charakter mocniej niż wycieczki asfaltowymi autostradami momentów, ale z drugiej strony, skąd znaleźć w sobie na tyle siły, by wstawać za każdym razem, gdy potkniemy się o wystający z Drogi kamień? Czy pozdzierane kolana i rany na dłoniach prowadzą nas do szczęścia znajdującego się na samym końcu wędrówki? A jeśli sami na siebie nakładamy fatwę, skazujemy na śmierć, choć nabierać życie w płuca chcemy, ale nie do końca potrafimy to robić? Co jeśli możemy osiągnąć szczęście, bez niepotrzebnego zwracania uwagi na wszystkie przeciwieństwa losu, którym będziemy musieli stawić czoła? Co jeśli los podstawia nam nogi tylko po to, byśmy mocniejszymi się stali, a nie rezygnowali z dalszej podróży Drogą?
Sprzeczności wszystkich pytań powoli zaczynają toczyć ze sobą wojnę w mojej głowie. Z jednej strony buddyjska duhkha, z drugiej muzułmańska fatwa. Wszystko miesza się we mnie, niczym najtańszy drink w odrapanej spelunie na końcu miasta, a ja nie potrafię przyznać się samemu przed sobą, do czego jest mi w zasadzie bliżej. Powoli zaczynam widzieć fusy znajdujące się na dnie kubka. Raz jeszcze spoglądam na Łódź, po czym wracam do łóżka. Poranek zamienia się niepostrzeżenie w południe. Słoneczny zenit rozświetla ulice. Apoptoza, myślę sobie, patrząc na Łódź moją z perspektywy mieszkania na pierwszym piętrze. Jakie to piękne słowo.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz