piątek, 29 stycznia 2016

Beznadziejnik - 29.01.2016

Jeden unikalny moment. Chwila jakaś, w której życie przed oczami, niczym film najlepszy, arcydzieło kinematografii źrenicami najlepszego reżysera widziane, mija niczym kolejne miasta w podróży do odległego celu. Jeden unikalny moment, w którym tkwimy zagubieni chcąc dalej film oglądać, a jednocześnie nie dążymy z maniakalnym uporem do niesprecyzowanego zakończenia. Do celu odległego, przed którym kolejne miasta mijane bezszelestnie. Kolejne stacje, kolejne wspomnienia, kolejne momenty, wśród tych bezgłośnych kadrów filmu naszego, którego z pewnością scenariusza wymyślić nie bylibyśmy w stanie.

Jakby się nad tym głębiej jednak zastanowić, to wszystko, co nas tworzy, pozoruje to, jakim przedstawiamy się światu, jest sztuczne. Jesteśmy wymyślonym imieniem i wymyślonym nazwiskiem, bez pewności żadnej, że film, który przed oczami niczym miasta kolejne na drodze w podróży do celu odległego, nie jest obrazem z gatunku science fiction. Że wszystko, czego empirycznie doświadczamy naprawdę w świecie empirii tkwi. A może jest tylko czyimś wymysłem? Może my sami czyimś wymysłem jesteśmy i w wymyśle tym tkwimy, jak bohaterzy książki, których każde kolejne słowo kształtuje, choć nigdy zawczasu nie dowiedzą się, jaki koniec ma ich historia i czy ten koniec ma w ogóle. Bo jeśli faktycznie bohaterami z książek jesteśmy, książek które w czasach późniejszych na swoją ekranizację przed oczami naszymi zasłużą, to nigdy nie dowiemy się wcześniej, jakie wobec nas plany ma autor i na której z kart książki przyjdzie nam swój żywot zakończyć, żeby potem znów odtwarzać wszystko od początku, klatka po klatce, moment za momentem, oddech za oddechem, pocałunek za pocałunkiem, kieliszek z czystą za kieliszkiem z czystą.

Gdyby tylko można było od tego uciec. Zniknąć z kart książki, ewakuować się z planu filmowego i zacząć żyć według scenariusza pisanego przez nas samych. Gdyby tylko można było wsiąść w dowolny z wehikułów i ruszyć w podróż do odległego bezcelu. Tak po prostu jechać i mijać kolejne stacje, odtwarzać wspomnienia i łapać, niczym powietrze, życiodajne momenty. Choć na chwilę panem swojego losu się poczuć. Połączeniem między kartką papieru, a piórem. I tkwić rozkosznie w tym połączeniu wiedząc, że kiedyś sami dopiszemy książkę do końca. Że nikt nam w tworzeniu naszych historii pomagać nie będzie. Że pomiędzy pierwszym, a ostatnim wypowiedzianym słowem nikt, niczym sufler najgorszy, nie podpowie nam, jak wybrzmieć ma kolejne zdanie. Że my sami będziemy to doskonale wiedzieć i gdy już do naszego fin de siecle dobrniemy i spojrzymy w lustro, w odbiciu którego całe życie nam się wyświetli, uśmiechniemy się w końcu prawdziwe i na cały głos wykrzykniemy: tak właśnie chciałem żyć.

Jeden unikalny moment pomiędzy przecinkiem oddzielającym kolejne słowa życiorysu, a wielokropkiem ten życiorys kończącym. Wielokropkiem wszystko mówiącym, odpowiadającym na wszystkie wątpliwości życiowe. Wielokropkiem tak ważnym, jak kolejny łyk z kieliszka. Życiodajnym wielokropkiem, wielokropkiem nadzieję dającym, że życie nasze nie kończy się jednym znakiem, nie urywa w pewnym momencie. Że będziemy, kiedyś tam, kolejne tomy swojej podróży od stacji do stacji tworzyć mogli. Że życie nie kończy się jedną kropką. Że tak nie podsumujemy tego wszystkiego, co za nami. Że w przyszłość z nadzieją możemy kroczyć. A potem, być może, naszą historię uda się nam zekranizować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates