Słońce zawsze świeci albo za słabo, albo za mocno, nigdy tak jak powinno. Nigdy nie udaje mu się rozświetlić naszej planety w sam raz. Ciągle musimy mrużyć oczy, nie dostrzegając tego, co dzieje się dookoła. Powoli przyzwyczajamy się do takiego stanu, nie otwieramy szeroko oczu, zapominamy o pięknie wszechświata. Przez przybierające rozmiar szparki oczy widzimy tylko to, co widzieć chcemy. Nigdy i zawsze. I tak wkoło...
Dzisiaj słońce świeciło za słabo, jakby bojąc się wychylić spod pierzyny gęsto zasianych cumulusów. Świat szarzał, nawet poranek był szary. Wszechponurość i dogłębna burowatość ogarniała swoimi ohydnymi łapskami otaczającą mnie całość. Brudne, lepiące się od syfu, obszczane ulice, plugawe spojrzenia ludzi życzących mi śmierci, psy srające na chodnik, menele rzygający pod krzakiem. Łyse pały w dresach na ławce, stare baby w oknach. Prostytutki w dziurawych pończochach i obcisłych mini. Kościelne przekupki w imię ojca, hałaśliwe bachory na placu zabaw. I to pieprzone, za słabo świecące słońce.
Psychopaci zagłębieni w ideałach spaczonej teraźniejszości, romantycy próbujący zmienić przeszłość i przyszłościowi innowatorzy. Dziadek żebrzący o drobne na wino i nowobogacki młodziak w garniturze z teczką pełną dokumentów. Ulice zatłoczone samochodami, chodniki zatłoczone ludźmi, powietrze zatłoczone spalinami, umysły zatłoczone nadzieją na lepsze jutro.
Ciepła kawa o wschodzie leniwego słońca, czysta, pachnąca koszula uczłowieczająca moje zewnętrzne jestestwo, tosty z dżemem, mruczenie kota błagającego o miskę suchej karmy. Poranne wiadomości z uśmiechniętymi prezenterami zakłamującymi rzeczywistość, prognoza pogody, blok reklam i moje myśli. Poranne myśli o złowrogości wszechświata. Fałszu każdego człowieka. Pieprzonym zakłamaniu pary błękitnych oczu.
Młoda matka z płaczącymi dziećmi na ramieniu, ambicje rodziców, którzy nigdy nie wybaczą mi porzucenia studiów, chwile utrwalone na migawkach fleszy. Cierpienia młodego Wertera przestającego powoli wierzyć w wypacykowaną ideę plastikowej miłości. Romeo szukający Julii w burdelach. Seks za pieniądze, pocałunek za drobne. Serce w gardle i pusty żołądek. Chwila uniesień bez niczego więcej. Wszystko przez słońce...
Skrzypiące krzesło pozostawione przez byłą właścicielkę mieszkania i kulawy stół, chyboczący się na boki z powodu nierównych nóg. Drewniany parkiet, nieuszczelnione okna, szum w głowie, niespuszczona woda w kiblu. Degrengolada.
Słowa rzucone na wiatr. Huragan wyrazów, tsunami zdań i cisza po burzy. Poezja śpiewana, wiersze Gajcy, alkoholowa proza dziadygi Bukowskiego, butelki po piwie pod kaloryferem. Kapiący kran, niezasłane łóżko, plakat Marylin Monroe na ścianie, dźwięki Pidżamy Porno.
Wszystkie kobiety, które chciałem pokochać, a nie potrafiłem. Każde przelotne uczucie, baśniowe uniesienia pierwszych kontaktów seksualnych, głęboki sen po męczącym dniu. Denerwujący alarm samochodu i odgłos budzika o 6:30. Poimprezowy kac, dziura w skarpetce, fałszywi przyjaciele, wygaszacz ekranu na monitorze. Kolejny niepewny dzień przepełniony obawą o samego siebie. Nienawiść do tego co robię i uwielbienie tego, o czym myślę. Dwutorowość, podział metafizyczności. Niewiedza i przerywający długopis, którym próbuję zebrać myśli w całość. Wojna ze sobą. Pamiętnik. Sztandar nowego dnia niesiony na barykadę. Krew z krwi, duch z ducha. Brak światłości, brak perspektyw. Brak nadziei na lepsze jutro. Wszystko topi się we mnie, zło przyciągane z siłą magnesu. Rozbitek na wyspie oceanu codzienności. Kolejna kartka w kalendarzu. Stempel pod kartą pracy. Ósma - szesnasta, ósma - szesnasta.
Zegarek spowalniający minuty, zamieniający dni w lata. Godzina za godziną, oddech za oddechem...
Życie przecieka nam przez palce a my, jak małe dzieci, nie zwracamy na to uwagi, by móc krotochwilnie bawić się z kolegami w chowanego. Następny łyk kawy. Czas stawić czoła nowemu dniu. Bo co innego mi pozostało?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz