środa, 3 września 2014

Mniejsze zapotrzebowanie

To nie był dla mnie najlepszy dzień. A jeśli mam być kompletnie szczery, to był on jednym z najgorszych w całym moim życiu, choć zupełnie nic tego nie zapowiadało. Ciepłe promienie wschodzącego słońca obudziły mnie o brzasku. Moim nozdrzom dobył się zapach świeżo zmielonej kawy oraz przepysznych (jak zwykle) grzanek z serem. Typowy, rodzinny poranek. Lub jak kto woli: cisza przed burzą.

Najpierw dowiedziałem się, że odchodzi ode mnie żona – głupia pizda. Zaplanowała wszystko tak, bym niczego się nie spodziewał do samego końca. Suka. Zimna, wredna suka. Wczoraj jeszcze pytała czy wszystko u mnie dobrze, jak w pracy i czy nie jestem przemęczony, a dzisiaj miała czelność przygotować śniadanie, mające być ostatnim posiłkiem zrobionym przez nią dla mnie. Nie mam bladego pojęcia zresztą kiedy znalazła czas na pichcenie, bo z tego, co zdążyłem już zauważyć, wszystkie meble z parteru naszego domu zniknęły, czytaj: zostały przez nią wywiezione. Jakim cudem nic nie usłyszałem? Przecież nieodłącznym atrybutem każdej wyprowadzki jest hałas. Nie da się wynieść tylu szaf, kredensów, krzeseł i innych mebli w ciszy i spokoju. Po prostu się nie da.

Gdy wszedłem do kuchni znajdował się tam tylko stół, krzesło, dwie grzanki na talerzu, filiżanka, jeszcze ciepłej, kawy oraz zaklejona koperta. Postanowiłem odroczyć wydanie wyroku w tej sprawie i dzień rozpocząłem od skonsumowania śniadania. Zazwyczaj czytam przy tym poranną gazetę, ale o przyniesieniu mi jej żona najwyraźniej w porannej krzątaninie najzwyczajniej w świecie zapomniała.

- Tego się nie spodziewałaś, suko -– powiedziałem do siebie, w myślach próbując wygrać choć jedną z bitew wytoczonej przez nią wojny. Zapewne chciała, by śniadanie stanęło mi w gardle podczas czytania napisanego dla mnie listu. O nie! Tak nie będzie, moja droga. Chciałaś odejść, proszę bardzo, droga wolna, jednak ja za dobrze Cię znam, by nie rozgryźć tak prostych sztuczek.

Tuż po posiłku otworzyłem kopertę, choć doskonale wiedziałem co się w niej znajduje.

- Mark - zacząłem czytać wyjęty z koperty list.- Nasze małżeństwo od dłuższego czasu było sztucznym tworem, a nas przy sobie trzymało tylko i wyłącznie przyzwyczajenie. Ktoś musiał zrobić ten pierwszy krok. Jestem niemal pewna, że i ty nieraz o tym myślałeś; nie zaprzeczaj. Cóż, okazałam się nieco szybsza. Tak, Mark, to koniec. Nie ma przed nami żadnej przyszłości. Czas zakończyć ten bezsens. Czas odstawić najgłupsze z naszych przyzwyczajeń. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. Podpisano: Agatha Lightly z domu Jackson.

W taki właśnie sposób zakończyło się moje pierwsze małżeństwo, a ja, mimo ogromnej emocjonalności tej chwili, byłem dziwnie spokojny. Suka przeprowadziła się pewnie do tego kutasa Kena, myślałem. Zawsze przeczuwałem, że rypie się z nim na boku. Dlatego tak często widziałem go w naszym domu. Niby zwykły kolega z pracy, który zawsze służy pomocną dłonią, a tak naprawdę chuj, który posuwał moją żonę częściej w trakcie miesiąca, niż ja przez cały okres trwania naszego związku. Położyłem list z powrotem na stole. Dopijając kawę ubrałem się i wyszedłem do pracy.

- Panie Lightly – usłyszałem zaraz po wejściu do zakładu.- Jest pan proszony do gabinetu szefa. I na Boga! Niech pan wciągnie w spodnie tę koszulę! Wygląda pan, jakby zostawiła pana żona – powiedział stary Otkinson, gruby, wąsaty padalec, który siedział w recepcji tego zakładu najprawdopodobniej od czasu biblijnego potopu.
- Taa… - odburknąłem, przeczuwając podskórnie kolejny atak dzisiejszych koszmarów, po czym udałem się w stronę gabinetu szefa. Van der Kee był synem imigrantów z Holandii, którzy postanowili osiedlić się w Springfield na początku lat pięćdziesiątych. Z wyglądu, Van der Kee przypominał faceta, który nie poradziłby sobie w życiu na żadnym, innym stanowisku. Są ludzie, których twarz szufladkuje do sprawowania określonych ról społecznych. Jedni pasują w tym względzie do łopaty, inni do pracowania chociażby w policji. Van der Kee natomiast z twarzy był nikim innym jak tylko szefem, a źle spasowany garnitur, okulary, czarne mokasyny oraz sporych rozmiarów brzuch tylko to podkreślały i idealnie uzupełniały nasze wyobrażenie o nim. W gabinecie szefa byłem już kilka razy, najczęściej po to, by odebrać kilkudolarowe, przedświąteczne bony towarowe na zakupy w jednej z sieci handlowych. Jako, że mieliśmy dziś jednak środek wakacji, mogłem z własnego doświadczenia przeczuwać, że Van der Kee nie ma zamiaru wręczać mi tym razem żadnych talonów.

Gdy już wszedłem do środka, Van der Kee energicznym ruchem ręki wskazał na krzesło, a gest ten był na tyle stanowczy, że zwyczajnie nie wypadało mi odmówić. Zasiadłem więc i z pokorną miną czekałem na tyrrardę szefa, który podszedł do okna i zaczął wypatrywać czegoś w dali.

- Nieprawdaż Lightly, że mamy dziś piękny dzień? – spytał ni stąd, ni zowąd.
- Tak, szefie. Wprost nie mógł być lepszy – odpowiedziałem z lekką dozą wyczuwalnej ironii. Van der Kee najwidoczniej jednak nie połapał się w moim sarkazmie, bo kontynuował pogodowy temat.
- Piękne słońce nad zakładem oznacza, że robotnicy będą pracować wydajniej. Zawsze tak jest w słoneczne dni. Nie wiedzieć czemu, ale właśnie wtedy sprężacie się najmocniej. Wiesz może czemu, Lightly?
- Niestety nie, szefie.
- Doprawdy szkoda. Ale nic to, może jeszcze kiedyś do tego dojdę. Zmieniając jednak temat. Domyślasz się, Lightly, czemu cię tu wezwałem?
- Nie – odparłem zdawkowo, choć miałem oczywiście swoje teorie, lecz na tym etapie rozmowy, wolałem się nimi z nikim nie dzielić.
- Niech no ja policzę, Lightly. Ile tu już pracujesz? Dziesięć? Piętnaście… Dwadzieścia lat?
- Osiemnaście – wtrąciłem, przerywając szefowi głośną wyliczankę.
- Osiemnaście? No niech ci będzie, stary pierdzielu. Lightly, pracujesz tu już osiemnaście lat, co oznacza, że masz pewne doświadczenie. Wiesz, że w lepszych czasach zawsze płacimy więcej naszym pracownikom, lecz w tych złych, część załogi musi opuścić okręt, by cały statek nie zatonął. Nadążasz, Lightly?
- Tak – odpowiedziałem. W gruncie rzeczy już jakiś czas temu zacząłem przeczuwać to, co za moment nastąpi.
- Niestety dla ciebie, doświadczenie czasem nie jest wystarczające. Postawmy sprawę jasno, Lightly. Nie jesteś już najmłodszym pracownikiem, co wiąże się dla mnie ze zwiększeniem kosztów ubezpieczeniowych, którymi muszę pokryć twoją pracę u mnie. Według prawa jesteś bardziej narażony na urazy niż młodsi robotnicy. Nadążasz, Lightly?
- Tak – powtórzyłem swoją odpowiedzieć sprzed chwili. Wzrokiem nadal wierciłem dziurę w podłodze, jakoś nie mogąc się przełamać, by podnieść głowę i spojrzeć na szefa, który najprawdopodobniej nadal stał przy oknie, patrząc na zakład.
- Lightly. Wiesz, że darzę cię wielkim szacunkiem, ciebie i całą twoją rodzinę, ale złe czasy nastały dla naszej firmy. Bessa na rynku spowodowała, że na nasze towary jest mniejsze zapotrzebowanie. A mniejsze zapotrzebowanie powoduje, że produkty zalegają na półkach sklepowych. A co za tym idzie, nie trzeba wytwarzać aż tak dużej ilości nowego towaru. A co za tym idzie…
- Jestem zwolniony – dokończyłem za Van der Kee’.
- Dokładnie tak. Skąd wiedziałeś?

Gdy już wyczyściłem swoją szafkę w przebieralni, opróżniwszy ją uprzednio ze wszystkiego co moje, postanowiłem raz na zawsze pożegnać się z zakładem. Nie chciałem wyjść na dupka, który nie umie pogodzić się ze zwolnieniem, a jednocześnie… nie mogłem pogodzić się ze zwolnieniem. O ironio! Czemu akurat dzisiaj? Czemu wszystko naraz? Czemu suka nie mogła odejść wczoraj, a kutas zwolnić mnie tydzień później? Czemu wszyscy postanowili rozprawić się ze mną właśnie dzisiaj?

- I co, Lightly. Restrukturyzacja? – spytał Otkinson, gdy otwierałem już zakładowe drzwi do wolności utożsamianej ze światem zewnętrznym.
- Spierdalaj, dziadu – rzuciłem tylko, nie odwracając nawet głowy w jego stronę, po czym opuściłem fabrykę.

Z kłopotami nie radzę sobie najlepiej, dlatego po szybkiej debacie w głowie doszedłem do wniosku, że pozostałą część dnia najlepiej będzie spędzić u Barney'a. Barney to jeden z porządniejszych facetów, jakich udało mi się spotkać w życiu. A już na pewno najbardziej uczciwy. Na Barney'a zawsze można było liczyć, nawet w trudnych momentach. Być może dlatego, że prowadził bar, w którym chciałem upić problemy dnia dzisiejszego. Przez moment odprężyć się. Zapomnieć o wszystkim. O żonie, pracy, życiu. Masakrycznie zbombardować samego siebie hektolitrami wódki. Stracić kontakt z wszechświatem. Uczynić cokolwiek, byle dzisiejszy dzień się skończył.

- Barney, dwie setki – krzyknąłem, gdy usiadłem przy barze. Barney nie od razu mnie usłyszał, ale gdy tylko spojrzał w moją stronę od razu zrozumiał o co mi chodzi. Być może na twarzy miałem narysowane problemy. Albo po prostu Barney, pracując już kilkanaście lat w zawodzie barmana, zdążył nauczyć się rozpoznawać ludzkie uczucia. Przecież to właśnie za ladą baru kryją się najlepsi psycholodzy świata.
- Co jest, staruszku? – spytał pokojowo Barney, po czym zmierzwił jedną ręką swoje kruczoczarne włosy, drugą nalewając wódkę do kieliszka.
- Lepiej nie mówić, Barney. Lepiej nie mówić – odpowiedziałem po jakimś czasie. Najpierw chciałem bowiem wyspowiadać się przed Barney'em ze wszystkiego, co dzisiaj zaszło, ale po chwili uznałem, że wcale nie pomoże mi to w jak najszybszym zapomnieniu o przykrych zdarzeniach.
- Jak wolisz, Mark. Ale pamiętaj, że zawsze Cię wysłucham.
- Dzięki, Barney, ale lepiej przygotuj kilka butelek tego szlachetnego płynu, bo zapewniam Cię, że jestem w stanie wypić ich dzisiaj naprawdę sporo.
- Ech, staruszku. Tylko nie przeholuj. W razie czego jestem do twojej dyspozycji – powiedział Barney, po czym ruszył w stronę przeciwległego krańca lady, gdzie czekał na niego nowy klient. Ja tymczasem podniosłem kieliszek. Przez moment wpatrywałem się mętnie we wlaną do niego ciecz, po czym, z grymasem na ustach, wypiłem całą zawartość jednym haustem. Po kilku, nieznaczących toastach, moją uwagę zwróciła blond piękność, która właśnie przekroczyła progi baru. Na moment wstrzymałem oddech, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Bywałem u Barneya niemal codziennie, a jednak nigdy nie dostrzegłem w barze kogoś tak urodziwego. Bądźmy ze sobą szczerzy. Bar Barney'a to typowo męska speluna, w której częściej spotkać można zwyrodnialców i uciekinierów z więzienia, niż tak dostojne damy. Blondynka podeszła do baru i spojrzała na mnie z ukosa. Speszony zdjąłem z niej swój wzrok i zacząłem molestować nim ściany.
- Czystą -– powiedziała do Barney'a swoim aksamitnym głosem, dzięki któremu całkowicie zapomniałem o świecie zewnętrznym. Znów na moment na nią spojrzałem. Niestety, zdążyła to zarejestrować i także popatrzyła się na mnie.
- Często tu przychodzisz? – spytała w pewnym momencie, próbując zapewne przeciąć niezręczną ciszę.
- Wiesz, nie za bardzo -– skłamałem.- Tak naprawdę mam dzisiaj gorszy dzień i tym tu – ruchem głowy wskazałem na kieliszek.- próbuję go naprawić.
- W takim razie za lepsze jutro – powiedziała blond nieznajoma, po czym podniosła w górę swój kieliszek i duszkiem wychyliła zawartość.- Jeszcze jednego – krzyknęła, po czym zalotnie uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałem tym samym, zamawiając kolejną kolejkę.

Nazajutrz obudziłem się w nieswoim łóżku. W głowie grał mi big band The Art. Ansamble of Chicago, a skronie pulsowały niczym membrana głośnika. Dopiero po chwili poczułem na swoim ciele delikatne muskanie czyjejś dłoni i odruchowo się wzdrygnąłem. Zacząłem przypominać sobie powoli wczorajszy wieczór. Bar. Barney. Blondynka… To musiała być udana noc, pomyślałem.
- Do tej pory nie spytałeś mnie jak mam na imię – powiedziała nieco niższym głosem. Muszę przyznać, że nieco inaczej go zapamiętałem.
- Okej – odparłem.- W takim razie jak masz na imię? -– spytałem, powoli odwracając się w stronę nowopoznanej blondynki.
- Mark? Ken?! – usłyszałem znikąd głos swojej żony.- Co wy robicie w jednym łóżku?!
- O rzesz kurwa - powiedziałem przyglądając się blondynce, która dzisiaj wyglądała jak ten kutas Ken, który odbił mi żonę. 

Dopiero po chwili zacząłem odczuwać promieniujący ból tyłka...

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates