Ciepła, wieczorna herbata. Do tej pory nie wiem, jak parzona. Nigdy się tego nie dowiedziałem. Nie zdążyłem. Albo nie chciałem być może, sam już nie wiem. Była idealna; doskonale pamiętam jej smak, wygląd, zapach, opadające na dno fusy. Całym dzieciństwem dla mnie ta herbata była, przyjemnością jakąś największą wieczorową porą dawkowaną. Lekarstwem na sen, bo po herbacie do łóżka, przecież jutro koniec ferii...
Junost w pokoju. Stary dobry Junost na stoliku przed łóżkiem z drapiącą narzutą stojący. I na Junoście tym, świat opisującym za pomocą dwóch kolorów, przyciski cztery, pokrętła raczej, którymi ustawiało się kolejne programy. Stary, dobry Junost z wszystkimi Yattamanami, Gigim, Generałem Daimosem, starymi Transformersami, Kapitanem Tsubasą i innymi bajkami, które z Polonii 1 się pamięta. Woody Woodpecker, Rocky łoś Superktoś, Superpies, Wezyr Nicponim i inni, których dzięki Junostowi poznawałem. I mogłem tak do wieczora późnego z twarzą niemalże wbitą w ekran siedzieć, oglądać i tylko krzyczeć na głos: "dziadku, zrobisz mi jeszcze herbaty?". A przecież do łóżka trzeba, bo jutro koniec ferii.
Koszulki piłkarskie, których kilka wciąż mam gdzieś w szafie. Najróżniejsze, nie byłem jakoś specjalnie nastawiony na kolekcjonerstwo koszulek jednego zespołu, sama możliwość ich posiadania mnie kręciła. I szliśmy wspólnie na rynek, niedaleko osiedla naszego się mieszczący, znajdowaliśmy odpowiedni stragan, ja wybierałem i mówiłem: "dziadku, tę". A dziadek brał, bo wiecie co, chyba mnie kochał za bardzo, a ja za bardzo dziadka kochałem i tę naszą miłość w ten sposób sobie wyrażaliśmy. Dziadek przez możliwość uszczęśliwienia mnie, a ja przez umożliwienie dziadkowi uszczęśliwienia mnie. Strasznym egoistą byłem, tylko że wówczas nie znałem jeszcze tego słowa, więc nie mogłem ocenić swojego zachowania i tak go zaklasyfikować. Dziś już tę wiedzę posiadam i patrząc z perspektywy czasu... Nie, to bez sensu, pewnie zachowywałbym się tak samo. Wyciągał dziadka na spacer i niby ukradkiem zatrzymywał się przy witrynie: "nie, nie dziadku, ja tylko popatrzę. Chociaż fajnie byłoby mieć coś takiego, prawda dziadku?"
Wycieczki wspólne na wieś starym, żółtym maluchem z wielką dziurą od rdzy nad lewym nadkolem. Niewygodne, skórzane fotele, instrukcja obsługi Fiata 125 z tyłu na półce i ja, gdzieś pomiędzy dziadkiem z przodu kierującym, a instrukcją z półki na tyle, obserwujący cały świat mijany i od czasu do czasu chowający się przed nadjeżdżającą ciężarówką, bo łepek mały wmówił sobie, że to może być jego drugi, inny tata, który chce go zabrać dziadkowi i porwać gdzieś daleko. Doskonale wiedziałem, że nawet gdyby to była prawda i w ciężarówce naprawdę siedział drugi, inny tata, to dziadek i tak nie pozwoliłby mu mnie zabrać, bo kochał mnie, a ja kochałem dziadka, tylko tak trochę mu tego nie pokazywałem, ale strach za każdym razem zmuszał mnie do schowania się przed tirem, którego najpierw przez tylną szybę, a później boczną obserwowałem i cieszyłem się widząc, że maluch nasz żółty zostaje w tyle, bo ciężarówka nas minęła i pojechała dalej.
Grzybów zbieranie w lasku miejskim i zawody, kto znajdzie więcej. Spacerowanie po mchu i wpatrywanie się pod buty w poszukiwaniu kolejnych podgrzybków, prawdziwków, maślaków, z których potem zalewajka w domu. Albo barszcz biały, dziadkowy specjalny, z maślanki i z dużymi kluskami. Cóż to był za rarytas! Do dziś nieudolnie próbuję odzyskać ten smak dzieciństwa, eksperymentując z kolejnymi barszczami białymi, ale dziadkowego barszczu mój jeszcze nie przypomina. Być może dlatego, że nie mam Maggy. Na stole dziadkowym, obok pieprzu i soli, Maggy pojawić się musiała. Do każdej zupy, rosołu w szczególności. Początkowo nieufnie podchodziłem do takiego wynalazku, ale z czasem zacząłem się rozkoszować Maggy w sposób analogiczny do dziadkowego. Chyba chciałem być trochę do niego podobny i w taki sam sposób móc babci odpowiadać: "bo mi tak smakuje" na pytanie: "no i po co Ty tego tyle lejesz?".
Dziwny jest ten świat, dziadku, bez Ciebie. Za bardzo skomplikowany się wydaje, wiesz? Być może dorosłem, innymi sprawami zacząłem się zajmować, inne problemy zaczęły mnie dotykać, ale jedno wiem na pewno - z Tobą było łatwiej. Wystarczyło się uśmiechnąć, kiedyś tak często się śmiałem. Pamiętasz, prawda?
To już piętnaście lat, dziadku. Piętnaście lat bez herbaty słodkiej, barszczu białego, Maggy, spacerów naszych, wyjazdów maluchem z dziurą od rdzy nad lewym nadkolem, soku pomidorowego, uśmiechu, ogórków kiszonych i kwaśnego soku z ogórków, meczów piłkarskich, bajek na Junoście, grzybobrania w lesie, koszulek, wspomnień. Ale wiesz co? Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. I tym razem to ja Tobie coś kupię, a potem pójdziemy na spacer. Przecież będziemy mieli ferie.
niedziela, 31 stycznia 2016
piątek, 29 stycznia 2016
Beznadziejnik - 29.01.2016
Jeden unikalny moment. Chwila jakaś, w której życie przed oczami, niczym film najlepszy, arcydzieło kinematografii źrenicami najlepszego reżysera widziane, mija niczym kolejne miasta w podróży do odległego celu. Jeden unikalny moment, w którym tkwimy zagubieni chcąc dalej film oglądać, a jednocześnie nie dążymy z maniakalnym uporem do niesprecyzowanego zakończenia. Do celu odległego, przed którym kolejne miasta mijane bezszelestnie. Kolejne stacje, kolejne wspomnienia, kolejne momenty, wśród tych bezgłośnych kadrów filmu naszego, którego z pewnością scenariusza wymyślić nie bylibyśmy w stanie.
Jakby się nad tym głębiej jednak zastanowić, to wszystko, co nas tworzy, pozoruje to, jakim przedstawiamy się światu, jest sztuczne. Jesteśmy wymyślonym imieniem i wymyślonym nazwiskiem, bez pewności żadnej, że film, który przed oczami niczym miasta kolejne na drodze w podróży do celu odległego, nie jest obrazem z gatunku science fiction. Że wszystko, czego empirycznie doświadczamy naprawdę w świecie empirii tkwi. A może jest tylko czyimś wymysłem? Może my sami czyimś wymysłem jesteśmy i w wymyśle tym tkwimy, jak bohaterzy książki, których każde kolejne słowo kształtuje, choć nigdy zawczasu nie dowiedzą się, jaki koniec ma ich historia i czy ten koniec ma w ogóle. Bo jeśli faktycznie bohaterami z książek jesteśmy, książek które w czasach późniejszych na swoją ekranizację przed oczami naszymi zasłużą, to nigdy nie dowiemy się wcześniej, jakie wobec nas plany ma autor i na której z kart książki przyjdzie nam swój żywot zakończyć, żeby potem znów odtwarzać wszystko od początku, klatka po klatce, moment za momentem, oddech za oddechem, pocałunek za pocałunkiem, kieliszek z czystą za kieliszkiem z czystą.
Gdyby tylko można było od tego uciec. Zniknąć z kart książki, ewakuować się z planu filmowego i zacząć żyć według scenariusza pisanego przez nas samych. Gdyby tylko można było wsiąść w dowolny z wehikułów i ruszyć w podróż do odległego bezcelu. Tak po prostu jechać i mijać kolejne stacje, odtwarzać wspomnienia i łapać, niczym powietrze, życiodajne momenty. Choć na chwilę panem swojego losu się poczuć. Połączeniem między kartką papieru, a piórem. I tkwić rozkosznie w tym połączeniu wiedząc, że kiedyś sami dopiszemy książkę do końca. Że nikt nam w tworzeniu naszych historii pomagać nie będzie. Że pomiędzy pierwszym, a ostatnim wypowiedzianym słowem nikt, niczym sufler najgorszy, nie podpowie nam, jak wybrzmieć ma kolejne zdanie. Że my sami będziemy to doskonale wiedzieć i gdy już do naszego fin de siecle dobrniemy i spojrzymy w lustro, w odbiciu którego całe życie nam się wyświetli, uśmiechniemy się w końcu prawdziwe i na cały głos wykrzykniemy: tak właśnie chciałem żyć.
Jeden unikalny moment pomiędzy przecinkiem oddzielającym kolejne słowa życiorysu, a wielokropkiem ten życiorys kończącym. Wielokropkiem wszystko mówiącym, odpowiadającym na wszystkie wątpliwości życiowe. Wielokropkiem tak ważnym, jak kolejny łyk z kieliszka. Życiodajnym wielokropkiem, wielokropkiem nadzieję dającym, że życie nasze nie kończy się jednym znakiem, nie urywa w pewnym momencie. Że będziemy, kiedyś tam, kolejne tomy swojej podróży od stacji do stacji tworzyć mogli. Że życie nie kończy się jedną kropką. Że tak nie podsumujemy tego wszystkiego, co za nami. Że w przyszłość z nadzieją możemy kroczyć. A potem, być może, naszą historię uda się nam zekranizować.
Jakby się nad tym głębiej jednak zastanowić, to wszystko, co nas tworzy, pozoruje to, jakim przedstawiamy się światu, jest sztuczne. Jesteśmy wymyślonym imieniem i wymyślonym nazwiskiem, bez pewności żadnej, że film, który przed oczami niczym miasta kolejne na drodze w podróży do celu odległego, nie jest obrazem z gatunku science fiction. Że wszystko, czego empirycznie doświadczamy naprawdę w świecie empirii tkwi. A może jest tylko czyimś wymysłem? Może my sami czyimś wymysłem jesteśmy i w wymyśle tym tkwimy, jak bohaterzy książki, których każde kolejne słowo kształtuje, choć nigdy zawczasu nie dowiedzą się, jaki koniec ma ich historia i czy ten koniec ma w ogóle. Bo jeśli faktycznie bohaterami z książek jesteśmy, książek które w czasach późniejszych na swoją ekranizację przed oczami naszymi zasłużą, to nigdy nie dowiemy się wcześniej, jakie wobec nas plany ma autor i na której z kart książki przyjdzie nam swój żywot zakończyć, żeby potem znów odtwarzać wszystko od początku, klatka po klatce, moment za momentem, oddech za oddechem, pocałunek za pocałunkiem, kieliszek z czystą za kieliszkiem z czystą.
Gdyby tylko można było od tego uciec. Zniknąć z kart książki, ewakuować się z planu filmowego i zacząć żyć według scenariusza pisanego przez nas samych. Gdyby tylko można było wsiąść w dowolny z wehikułów i ruszyć w podróż do odległego bezcelu. Tak po prostu jechać i mijać kolejne stacje, odtwarzać wspomnienia i łapać, niczym powietrze, życiodajne momenty. Choć na chwilę panem swojego losu się poczuć. Połączeniem między kartką papieru, a piórem. I tkwić rozkosznie w tym połączeniu wiedząc, że kiedyś sami dopiszemy książkę do końca. Że nikt nam w tworzeniu naszych historii pomagać nie będzie. Że pomiędzy pierwszym, a ostatnim wypowiedzianym słowem nikt, niczym sufler najgorszy, nie podpowie nam, jak wybrzmieć ma kolejne zdanie. Że my sami będziemy to doskonale wiedzieć i gdy już do naszego fin de siecle dobrniemy i spojrzymy w lustro, w odbiciu którego całe życie nam się wyświetli, uśmiechniemy się w końcu prawdziwe i na cały głos wykrzykniemy: tak właśnie chciałem żyć.
Jeden unikalny moment pomiędzy przecinkiem oddzielającym kolejne słowa życiorysu, a wielokropkiem ten życiorys kończącym. Wielokropkiem wszystko mówiącym, odpowiadającym na wszystkie wątpliwości życiowe. Wielokropkiem tak ważnym, jak kolejny łyk z kieliszka. Życiodajnym wielokropkiem, wielokropkiem nadzieję dającym, że życie nasze nie kończy się jednym znakiem, nie urywa w pewnym momencie. Że będziemy, kiedyś tam, kolejne tomy swojej podróży od stacji do stacji tworzyć mogli. Że życie nie kończy się jedną kropką. Że tak nie podsumujemy tego wszystkiego, co za nami. Że w przyszłość z nadzieją możemy kroczyć. A potem, być może, naszą historię uda się nam zekranizować.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)

