czwartek, 18 lutego 2016

Beznadziejnik - 18.02.2016

Czasami rano dochodzę do wniosku, że nie opłaca się wstawać. Przekręcam się na bok i patrzę na budzącą się Łódź widzianą z perspektywy pierwszego piętra kamienicy, w której mieszkam. Widzę ludzi biegnących na autobus do pracy, uczniaków pędzących do szkół, cały ten tętniący organizm społeczny, a sam tkwię, zatopiony w marazmie swojego jestestwa, pod ciepłą pierzyną pytań bez jednoznacznych odpowiedzi. Minuty mijają płynnie, jednym uciekając za szybko, innym przemijając za wolno, bijąc we własnym, niemierzalnym przez nikogo tempie. Homeostatyczna nierównowaga czasu. Ich sansara na biegunie z moją sansarą. Kołowrót narodzin i śmierci prowadzący do poznania nagromadzonej karmy.

Po jakimś czasie podnoszę się z łóżka i idę do kuchni. Włączam czajnik, do kubka wsypuję trzy, czubate łyżki kawy. Nie chcę sobie nawet przypominać, co robiłem wczoraj i dlaczego tak bardzo boli mnie głowa. Czekając na głośne "pstryk" symbolizujące zagotowanie wody, wracam do pokoju i otwieram drzwi balkonowe, żeby zapalić papierosa. Kofeina i substancje smoliste z dnia na dzień skracają moją egzystencję, a ja, już nawet nie tyle, co godzę się na to, ale z własnej woli przyczyniam się do osobistego rozkładu. Ludzie dalej gdzieś biegną, zmierzają w nieznanym mi kierunku, tylko ja, tkwiąc ponad nimi na balkonie swym z papierosem w dłoni, zastanawiam się, czy moja własna apoptoza ma sens. Czy ten naturalny proces zaprogramowanej śmierci komórki w wielokomórkowym organizmie społeczeństwa może stanowić odpowiedni epilog jakiejkolwiek egzystencji i czy fin de siecle pojedynczej komórki faktycznie ma na celu uzdrowienie całego organizmu, czy też stanowić może bardziej niezauważalną kontestację tego, co nas otacza, bez żadnego na to otoczenie wpływu. Filozoficzne dyrdymały godzin porannych, w trakcie trwania których nikt nie ma czasu, by zatrzymać się choć na moment i zastanowić nad sensem tego wszystkiego.

Ostatnio zacząłem czytać więcej o buddyzmie. Sam nie wiem dlaczego. Pochłonęło mnie zgłębianie wiedzy o systemie filozoficznym dalekiego Wschodu. Być może na obecnym etapie życia po prostu potrzebuję buddyjskiego wyciszenia, pewnego rodzaju medytacji umysłowej, odnalezienia własnej, nowej drogi. Nie poszukuję boga, poznania się ze stwórcą, możliwości z nim rozmowy, bo chyba nie potrafię znaleźć w sobie tej wewnętrznej siły, która umożliwiłaby mi uwierzenie, że gdzieś ponad nami istnieje jakaś wyższa forma życia, która stworzyła wszystko to, co nas otacza, ale mimo to próbuję zrozumieć, umysłem swym ogarnąć, w jakikolwiek możliwy sposób, system kreujących nas wartości. Panaceum swojego człowieczeństwa wyszukać.

Wypełniam wodą kubek, na dnie którego usypałem niemały kopczyk z kawy. Mieszam czarny płyn z zadowoleniem cierpiętnika, który uzmysłowił sobie, że być może po raz ostatni jest mu dane wypić kofeinowy napar. W buddyzmie pojęcie przezwyciężenia cierpienia ma kluczowe znaczenie i związane jest z naukami o Czterech Szlachetnych Prawdach, które ukazują Szlachetną Prawdę o Ścieżce Prowadzącej do Ustania Cierpienia, oraz naukami o uwarunkowaniu dwunastu ogniw współzależnego powstawania. Moja duhkha dorasta wraz ze mną, z każdym kolejnym łykiem kawy, kolejnym dopalonym papierosem, kolejnym kieliszkiem wódki. Kim tak naprawdę jestem? Trybikiem w większej maszynie, czy niezależną maszyną samą w sobie, która samoistnie potrafi się zregenerować? Czy życie nasze sumą poprzednich żyć naszych, a może zbiorem żyć wszystkich poznanych i niepoznanych osób, które wpłynęły na to, jakimi obecnie jesteśmy? Czy bez tych osób takim samym bym był, a może to właśnie oni sprawili, że stojąc przy otwartych drzwiach balkonowych z kubkiem ciepłej kawy w dłoni zastanawiam się nad znaczeniem egzystencji naszej w większym zbiorze wszystkich egzystencji?

Dostojewski napisał kiedyś, że bez cierpienia nie pozna się szczęścia i to praktycznie podsumowanie całej filozofii buddyjskiej. Być może dalekowschodni mnisi mają rację, a prawdziwym sensem życia naszego jest ostateczne wyzwolenie się od cierpienia i odnalezienie nirwany. Być może podążanie Drogą pełną kocich łbów kształtuje nasz charakter mocniej niż wycieczki asfaltowymi autostradami momentów, ale z drugiej strony, skąd znaleźć w sobie na tyle siły, by wstawać za każdym razem, gdy potkniemy się o wystający z Drogi kamień? Czy pozdzierane kolana i rany na dłoniach prowadzą nas do szczęścia znajdującego się na samym końcu wędrówki? A jeśli sami na siebie nakładamy fatwę, skazujemy na śmierć, choć nabierać życie w płuca chcemy, ale nie do końca potrafimy to robić? Co jeśli możemy osiągnąć szczęście, bez niepotrzebnego zwracania uwagi na wszystkie przeciwieństwa losu, którym będziemy musieli stawić czoła? Co jeśli los podstawia nam nogi tylko po to, byśmy mocniejszymi się stali, a nie rezygnowali z dalszej podróży Drogą?

Sprzeczności wszystkich pytań powoli zaczynają toczyć ze sobą wojnę w mojej głowie. Z jednej strony buddyjska duhkha, z drugiej muzułmańska fatwa. Wszystko miesza się we mnie, niczym najtańszy drink w odrapanej spelunie na końcu miasta, a ja nie potrafię przyznać się samemu przed sobą, do czego jest mi w zasadzie bliżej. Powoli zaczynam widzieć fusy znajdujące się na dnie kubka. Raz jeszcze spoglądam na Łódź, po czym wracam do łóżka. Poranek zamienia się niepostrzeżenie w południe. Słoneczny zenit rozświetla ulice. Apoptoza, myślę sobie, patrząc na Łódź moją z perspektywy mieszkania na pierwszym piętrze. Jakie to piękne słowo.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Beznadziejnik - 15.02.2016

Zdewaluowało nam się wszystko. Dawne ideały płoną w śmietnikach zastąpione wypacykowanymi imaginacjami nas samych. Kłamliwe odbicie w lustrze uśmiecha się krnąbrnie, jakby przez sam uśmiech ten chciało nam powiedzieć, że durniami jesteśmy. Durniami, którzy w coś jeszcze wierzą, myśl jakąś przewodnią, ale nie potrafią jej słowem określić, zdefiniować, przez przypadki odmienić. I tkwimy w tym naszym dureństwie, z lenistwa nie próbując nawet wygrzebać się z gówna, w które sami, nieroztropnością stopy swojej, wdepnęliśmy. 

Patrzę na poranną Łódź i widzę wszystko to, co siedzi we mnie, co powoduje, że wsiąkam jeszcze mocniej w bagno z ludzkiego łajna zdań prostych stworzone, ale nawet nie staram się, niczym topielec na środku oceanu, wynurzyć głowy ponad taflę wody, łapiąc rozpaczliwie ostatnie hausty pacyficznego powietrza, na sprzymierzenie z samym bogiem chyba licząc. Jakbym beniaminkiem u boga był, który w każdym momencie na wyciągnięcie pomocnej dłoni może liczyć, bo przecież bóg tylko na to czeka, by w krytycznym momencie spojrzeć na mnie wzrokiem łaskawym, pobłażliwości pełnym, zrozumienia, odpuszczenia wszystkich win popełnionych za życia, i zapominając o tym, co tkwi za uszami, dać mi jeszcze jedną szansę do wyleczenia zgorzeli na owrzodzonym od tkwienia w gównie ciele.

Patrzę na poranną Łódź. Na tramwaje w jedną i w drugą stronę krążące, od krańcówki do krańcówki transportujące ludzkie myśli, i nawet nie stawiam przed sobą egzystencjalnego pytania: co ja tu, kurwa, robię? Dlaczego zawsze uciekam przed odpowiedzialnością egzystencjalnych pytań? Dlaczego zawsze szukam najbliższego matecznika, gdy widzę przed sobą mur stworzony z cegieł pytań egzystencjalnych? Dlaczego między mrugnięciami powiek nie potrafię odnaleźć tego momentu odpowiedniego, po którym, jak dzień po nocy, wszystko jasnym się stanie. Odpowiedzi na pytania do tej pory mimotycznie przeze mnie odrzucane staną przed oczami, a ja, zachwycony epifanią swojej mądrości nagłej, niczym kłamliwe odbicie z lustra, uśmiechnę się krnąbrnie pod nosem, i z lekkim niedowierzaniem, schowanym gdzieś w mankietach podwiniętych do łokci koszul, z tą poranną Łodzią przejdę na ty.

Patrzę na poranną Łódź schowaną za mgłą znaków zapytania i zastanawiam się, dlaczego tak nieroztropnie przychodzimy na ten świat, na którym przyjdzie nam sczeznąć niewspółmiernie boleśnie w stosunku do tego, na co swoją życiową wegetacją między dniem urodzin, a dniem śmierci, zasłużyliśmy. Roztapiamy i petryfikujemy się na nowo, zmieniając stany skupienia wraz z wybiciem każdej nowej sekundy na cyferblacie boskiego zegara. Gdyby tak można było na to nasze przychodzenie nieznośne i odchodzenie dotkliwe jakąś anatemę nałożyć, wyłączyć samych siebie ze społeczności jednostek rodzących się i umierających. Utknąć gdzieś w zawieszeniu, istnieć w niebyciu swym, indyferentycznie przemierzać świat stworzony z mchu i paproci. Tak zwyczajnie, bez upiększeń żadnych, pójść na łatwiznę, oddychając powietrzem we własnym układzie współrzędnych, stworzonym gdzieś na uboczu układu, w którym przyszło nam żyć. Położyć się na zielonym, równo przystrzyżonym, trawiastym dywanie i wsłuchując się w rytm bicia własnego serca patrzeć na niebo pełne cudów. Czy o za dużo proszę?

Patrzę na poranną Łódź, nad którą jeszcze nie wzeszło słońce. Zgorzele ropieją i jest mi tak cholernie zimno. Zapalę jeszcze ostatniego papierosa. Chyba nadszedł już ten czas.

niedziela, 14 lutego 2016

Beznadziejnik - 14.02.2016

Chyba nawet planowałem napisać coś o tym, jak bardzo chce mi się rzygać na widok tych wszystkich dzisiejszych wpisów na fejsie. Tych z jednej, jak i z drugiej strony. Tych o miesiącach z kochanym misiaczkiem i tych, że to dzień, jakich w roku wiele, znaczący tyle, co spuszczone w kiblu gówno, ale doszedłem do wniosku, że nie ma to większego sensu. Że tekst ten i tak będzie dopasowany spirytystycznie do tychże właśnie wpisów. Że serduszka po tej, a komercja po przeciwległej stronie barykady. A od takiego, zerojedynkowego postrzegania jakiegokolwiek z aspektów otaczającego nas wszechświata chciałbym uciec na drugi z jego końców.

14 lutego jest mi obojętny tak samo, jak 13 czy 15 lutego. Zbrzydła mi sama idea miłości, jak i zbrzydło ciągłe pieprzenie o swoim nieszczęściu serc pustych, które dzisiaj akurat potrzebują ekstrawertyczności fejsbukowego ekshibicjonizmu i biją po oczach przyspieszonym pulsem zdań prostych, że walentynki to chuj. Bo może to i prawda, i walentynki to chuj, ale po co ogłaszać to wszem i wobec, jakby ludzie nie do końca kumali, że tak faktycznie jest. Że za oknem śnieg w listopadzie i trzeba to koniecznie na fejsiku zamieścić, jakby ludzie własnych okien, za którymi śnieg w listopadzie nie mieli.

Samo święto mam w dupie, jak wiele aspektów życia naszego, ale nie wkurwia mnie ono w takim stopniu, jak ten pieprzony, powierzchowny ekshibicjonizm wymuszeń okazywania miłości, lub jej braku, w formie fejsikowych pościków. Wrzućmy wspólne zdjęcie, pokażmy światu naszą miłość, albo lepiej, w związku się oznaczmy, to dopiero wzmocni przyciąganie między nami, bez tego to, co powinno być uczuciowym butaprenem zadziała z siłą kleju biurowego. Bo przecież miłość niewyeksponowana, niezamanifestowana, gorszą, mniej dojrzałą, głupszą jest. Czy naprawdę w takim świecie chcemy i musimy żyć? Świecie otaczającego nas manifestu połączonych dusz i złamanych serduszek? W świecie dwukropków z gwiazdką, znaku mniejszości z trójką, emotikonowych wynaturzeń tego, co najbardziej naturalne i szczere być powinno? Czy już nie możemy egzystować, a nasza miłość rozkwitać nie może bez tej całej pierdolonej otoczki, którą nakładamy na nasz układ współrzędnych, by bardziej społecznościowy, dostępny dla wszystkich się stał, jakby koniecznością dla nas był fakt mieszania w prywatne sprawy uczuciowe osób, których kolekcjonujemy wśród wirtualnych znajomych, jak kiedyś znaczki się kolekcjonowało.

Tablica fejsikowa pełna jest dzisiaj miłości i smutnych piosenek, jakby miłości i smutnych piosenek nie można było światu pokazywać w inne dni. Albo jeszcze lepiej, nie pokazywać w ogóle. Czy nasze życie lepszym w jakimkolwiek stopniu się staje, jeśli ktoś zalajkuje, że jesteś w związku z osobą, z którą nawet bez tego, kurwa, jesteś w związku? Czy ten jeden lajk więcej spowoduje, że Twoja egzystencja lepszą, pełniejszą się stanie? Czy wrzucenie smutnej piosenki sprawi, że ten, wyjątkowy w swej populistycznej powszechności, dzień odmieni się, świat zacznie womitować tęczą, wszędzie pojawią się jednorożce, a Twoje serce przebije strzała amora? Ktoś zauważy, że Ci smutno, że Ci źle, zrobi mu się przykro, i koniec końców zaprosi Cię na kawę, obiad, spacer? Wybacz, jeśli zepsuję Twoją iddylistyczną wizję dnia dzisiejszego, ale ze stuprocentową pewnością stwierdzić mogę, że tak się jednak nie skończy. I walentynki skończą się jeszcze większym dołem, niż się zaczęły.

Uświadommy więc sobie, że ekshibicjonizm w jakiejkolwiek z form w dniu dzisiejszym jest chujowy. Jest tak chujowy, jak ciepła wódka, papierosy od ruskich, najtańsze piwo. I zadać sobie należy na sam koniec tylko jedno pytanie. Czy to przypadek, że święty Walenty jest nie tylko patronem zakochanych, ale też osób chorych na padaczkę?

niedziela, 31 stycznia 2016

Beznadziejnik - 31.01.2016

Ciepła, wieczorna herbata. Do tej pory nie wiem, jak parzona. Nigdy się tego nie dowiedziałem. Nie zdążyłem. Albo nie chciałem być może, sam już nie wiem. Była idealna; doskonale pamiętam jej smak, wygląd, zapach, opadające na dno fusy. Całym dzieciństwem dla mnie ta herbata była, przyjemnością jakąś największą wieczorową porą dawkowaną. Lekarstwem na sen, bo po herbacie do łóżka, przecież jutro koniec ferii...

Junost w pokoju. Stary dobry Junost na stoliku przed łóżkiem z drapiącą narzutą stojący. I na Junoście tym, świat opisującym za pomocą dwóch kolorów, przyciski cztery, pokrętła raczej, którymi ustawiało się kolejne programy. Stary, dobry Junost z wszystkimi Yattamanami, Gigim, Generałem Daimosem, starymi Transformersami, Kapitanem Tsubasą i innymi bajkami, które z Polonii 1 się pamięta. Woody Woodpecker, Rocky łoś Superktoś, Superpies, Wezyr Nicponim i inni, których dzięki Junostowi poznawałem. I mogłem tak do wieczora późnego z twarzą niemalże wbitą w ekran siedzieć, oglądać i tylko krzyczeć na głos: "dziadku, zrobisz mi jeszcze herbaty?". A przecież do łóżka trzeba, bo jutro koniec ferii.

Koszulki piłkarskie, których kilka wciąż mam gdzieś w szafie. Najróżniejsze, nie byłem jakoś specjalnie nastawiony na kolekcjonerstwo koszulek jednego zespołu, sama możliwość ich posiadania mnie kręciła. I szliśmy wspólnie na rynek, niedaleko osiedla naszego się mieszczący, znajdowaliśmy odpowiedni stragan, ja wybierałem i mówiłem: "dziadku, tę". A dziadek brał, bo wiecie co, chyba mnie kochał za bardzo, a ja za bardzo dziadka kochałem i tę naszą miłość w ten sposób sobie wyrażaliśmy. Dziadek przez możliwość uszczęśliwienia mnie, a ja przez umożliwienie dziadkowi uszczęśliwienia mnie. Strasznym egoistą byłem, tylko że wówczas nie znałem jeszcze tego słowa, więc nie mogłem ocenić swojego zachowania i tak go zaklasyfikować. Dziś już tę wiedzę posiadam i patrząc z perspektywy czasu... Nie, to bez sensu, pewnie zachowywałbym się tak samo. Wyciągał dziadka na spacer i niby ukradkiem zatrzymywał się przy witrynie: "nie, nie dziadku, ja tylko popatrzę. Chociaż fajnie byłoby mieć coś takiego, prawda dziadku?"

Wycieczki wspólne na wieś starym, żółtym maluchem z wielką dziurą od rdzy nad lewym nadkolem. Niewygodne, skórzane fotele, instrukcja obsługi Fiata 125 z tyłu na półce i ja, gdzieś pomiędzy dziadkiem z przodu kierującym, a instrukcją z półki na tyle, obserwujący cały świat mijany i od czasu do czasu chowający się przed nadjeżdżającą ciężarówką, bo łepek mały wmówił sobie, że to może być jego drugi, inny tata, który chce go zabrać dziadkowi i porwać gdzieś daleko. Doskonale wiedziałem, że nawet gdyby to była prawda i w ciężarówce naprawdę siedział drugi, inny tata, to dziadek i tak nie pozwoliłby mu mnie zabrać, bo kochał mnie, a ja kochałem dziadka, tylko tak trochę mu tego nie pokazywałem, ale strach za każdym razem zmuszał mnie do schowania się przed tirem, którego najpierw przez tylną szybę, a później boczną obserwowałem i cieszyłem się widząc, że maluch nasz żółty zostaje w tyle, bo ciężarówka nas minęła i pojechała dalej.

Grzybów zbieranie w lasku miejskim i zawody, kto znajdzie więcej. Spacerowanie po mchu i wpatrywanie się pod buty w poszukiwaniu kolejnych podgrzybków, prawdziwków, maślaków, z których potem zalewajka w domu. Albo barszcz biały, dziadkowy specjalny, z maślanki i z dużymi kluskami. Cóż to był za rarytas! Do dziś nieudolnie próbuję odzyskać ten smak dzieciństwa, eksperymentując z kolejnymi barszczami białymi, ale dziadkowego barszczu mój jeszcze nie przypomina. Być może dlatego, że nie mam Maggy. Na stole dziadkowym, obok pieprzu i soli, Maggy pojawić się musiała. Do każdej zupy, rosołu w szczególności. Początkowo nieufnie podchodziłem do takiego wynalazku, ale z czasem zacząłem się rozkoszować Maggy w sposób analogiczny do dziadkowego. Chyba chciałem być trochę do niego podobny i w taki sam sposób móc babci odpowiadać: "bo mi tak smakuje" na pytanie: "no i po co Ty tego tyle lejesz?".

Dziwny jest ten świat, dziadku, bez Ciebie. Za bardzo skomplikowany się wydaje, wiesz? Być może dorosłem, innymi sprawami zacząłem się zajmować, inne problemy zaczęły mnie dotykać, ale jedno wiem na pewno - z Tobą było łatwiej. Wystarczyło się uśmiechnąć, kiedyś tak często się śmiałem. Pamiętasz, prawda?

To już piętnaście lat, dziadku. Piętnaście lat bez herbaty słodkiej, barszczu białego, Maggy, spacerów naszych, wyjazdów maluchem z dziurą od rdzy nad lewym nadkolem, soku pomidorowego, uśmiechu, ogórków kiszonych i kwaśnego soku z ogórków, meczów piłkarskich, bajek na Junoście, grzybobrania w lesie, koszulek, wspomnień. Ale wiesz co? Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. I tym razem to ja Tobie coś kupię, a potem pójdziemy na spacer. Przecież będziemy mieli ferie.

piątek, 29 stycznia 2016

Beznadziejnik - 29.01.2016

Jeden unikalny moment. Chwila jakaś, w której życie przed oczami, niczym film najlepszy, arcydzieło kinematografii źrenicami najlepszego reżysera widziane, mija niczym kolejne miasta w podróży do odległego celu. Jeden unikalny moment, w którym tkwimy zagubieni chcąc dalej film oglądać, a jednocześnie nie dążymy z maniakalnym uporem do niesprecyzowanego zakończenia. Do celu odległego, przed którym kolejne miasta mijane bezszelestnie. Kolejne stacje, kolejne wspomnienia, kolejne momenty, wśród tych bezgłośnych kadrów filmu naszego, którego z pewnością scenariusza wymyślić nie bylibyśmy w stanie.

Jakby się nad tym głębiej jednak zastanowić, to wszystko, co nas tworzy, pozoruje to, jakim przedstawiamy się światu, jest sztuczne. Jesteśmy wymyślonym imieniem i wymyślonym nazwiskiem, bez pewności żadnej, że film, który przed oczami niczym miasta kolejne na drodze w podróży do celu odległego, nie jest obrazem z gatunku science fiction. Że wszystko, czego empirycznie doświadczamy naprawdę w świecie empirii tkwi. A może jest tylko czyimś wymysłem? Może my sami czyimś wymysłem jesteśmy i w wymyśle tym tkwimy, jak bohaterzy książki, których każde kolejne słowo kształtuje, choć nigdy zawczasu nie dowiedzą się, jaki koniec ma ich historia i czy ten koniec ma w ogóle. Bo jeśli faktycznie bohaterami z książek jesteśmy, książek które w czasach późniejszych na swoją ekranizację przed oczami naszymi zasłużą, to nigdy nie dowiemy się wcześniej, jakie wobec nas plany ma autor i na której z kart książki przyjdzie nam swój żywot zakończyć, żeby potem znów odtwarzać wszystko od początku, klatka po klatce, moment za momentem, oddech za oddechem, pocałunek za pocałunkiem, kieliszek z czystą za kieliszkiem z czystą.

Gdyby tylko można było od tego uciec. Zniknąć z kart książki, ewakuować się z planu filmowego i zacząć żyć według scenariusza pisanego przez nas samych. Gdyby tylko można było wsiąść w dowolny z wehikułów i ruszyć w podróż do odległego bezcelu. Tak po prostu jechać i mijać kolejne stacje, odtwarzać wspomnienia i łapać, niczym powietrze, życiodajne momenty. Choć na chwilę panem swojego losu się poczuć. Połączeniem między kartką papieru, a piórem. I tkwić rozkosznie w tym połączeniu wiedząc, że kiedyś sami dopiszemy książkę do końca. Że nikt nam w tworzeniu naszych historii pomagać nie będzie. Że pomiędzy pierwszym, a ostatnim wypowiedzianym słowem nikt, niczym sufler najgorszy, nie podpowie nam, jak wybrzmieć ma kolejne zdanie. Że my sami będziemy to doskonale wiedzieć i gdy już do naszego fin de siecle dobrniemy i spojrzymy w lustro, w odbiciu którego całe życie nam się wyświetli, uśmiechniemy się w końcu prawdziwe i na cały głos wykrzykniemy: tak właśnie chciałem żyć.

Jeden unikalny moment pomiędzy przecinkiem oddzielającym kolejne słowa życiorysu, a wielokropkiem ten życiorys kończącym. Wielokropkiem wszystko mówiącym, odpowiadającym na wszystkie wątpliwości życiowe. Wielokropkiem tak ważnym, jak kolejny łyk z kieliszka. Życiodajnym wielokropkiem, wielokropkiem nadzieję dającym, że życie nasze nie kończy się jednym znakiem, nie urywa w pewnym momencie. Że będziemy, kiedyś tam, kolejne tomy swojej podróży od stacji do stacji tworzyć mogli. Że życie nie kończy się jedną kropką. Że tak nie podsumujemy tego wszystkiego, co za nami. Że w przyszłość z nadzieją możemy kroczyć. A potem, być może, naszą historię uda się nam zekranizować.

poniedziałek, 25 maja 2015

Alkohol i cycki

Jeśli Frontside chciał bez wazeliny wyruchać moje uszy, to im się to, kurwa, udało. Krwawię, jak dziewica po pierwszym stosunku, zastanawiając się przy tym, czy tak już będzie zawsze po każdym zetknięciu z muzyką tego zespołu. Czy już zawsze będę ruchany, bez litości i skrupułów, jak ruchany jestem od mniej więcej dwóch płyt. Czy ból spowodowany nieprzyjemną koniecznością odtwarzania kawałków pokroju "Lubię pić" będzie się powtarzał, czy też wrócimy kiedyś do, wydawało mi się, obopólnej radości z grzmocenia w rytmie "Naszym przeznaczeniem jest płonąć", "Wspomnień jak relikwie" czy też "Piekło czeka". Przesłuchując najnowszych dokonań chłopaków ze Śląska zauważam, jak bardzo się w swoim przeświadczeniu myliłem.

Żebym nie wyszedł już na samym początku na wielkiego skurwysyna, muszę przyznać, że do poprzedniego albumu Frontside'u - "Legendy" - podszedłem ze sporym dystansem. Początkowo, owszem, nie przypasował mi nowy styl zespołu, ale z każdym kolejnym odsłuchaniem płyty dostrzegałem, że abstrakcyjny humor na niej zawarty jakimś cudem jest przeze mnie akceptowalny, a przy tytułowej "Legendzie" udało mi się nawet kilka razy uśmiechnąć. Nie był to album, nad którym spuszczałbym się po wielokroć, ale koniec końców potrafiłem go przesłuchać od pierwszego do ostatniego kawałka bez specjalnego przewijania poszczególnych utworów w połowie, żeby katorga minęła szybciej.

W przypadku "Prawie martwego" nie byłem jednak aż tak miłosierny. Bo o ile eksperyment z "Legendą", jak już wspomniałem wyżej, uznałem po jakimś czasie za w miarę udany, tak za cholerę nie mogę zrozumieć, co stało się z jednym z moich ulubionych polskich zespołów na najnowszej płycie. Gdzie podziało się miażdżenie jaj, wykręcanie sutów, podpalanie palnikiem gazowym, czy obijanie łba o deskę klozetową w przydrożnym barze na trasie Warszawa - Andrychów. Przy "Prawie martwym" czułem się, jakby ktoś wyrywał mi włosy z klaty, ale nie plastrami depilacyjnymi - bo to, jak można zauważyć wyżej, zaliczyłbym do miłych tortur stosowanych przez Frontside - tylko jebaną pensetą, włosek po włosku, żeby ukłuło przez moment i bolało jak najkrócej. I tak w sumie przez ponad 40 minut Auman i spółka depilują moją klatkę piersiową kawałkami pokroju "Lubię pić" (który przecież w warstwie tekstowej powinien być mi niesamowicie bliski), "Barykady już stoją", czy "Serca głos" (wymienię tylko trzy, żeby nie zamęczać Was tytułami, których i tak nie warto pamiętać).

Nie mam bladego pojęcia, co stało się z Frontside'em, który lubiłem i którego słuchałem, bo potrafił rozpierdolić mnie muzyką, a nie tekstami pokroju "muszę poczuć w sobie hiroł", do których zapewne nie miałbym nic, gdybym pewnego słonecznego dnia usłyszał je na antenie RMF FM śpiewane przez Enej. Ale do kurwy nędzy, to jest Frontside, a nie pieprzony zespół występujący na Dniach Lubartowa! Chłopaki strasznie ograniczyli swoje możliwości tworzenia muzy i stylem Donatana zachęcają do wsłuchania się w ich twórczość za pomocą alkoholu i cycków. Strasznie tandetna droga trzeba przyznać.

Kiedyś Frontside'owi wystarczyły kręcone dla beki teledyski, a ja naprawdę oglądałem je z ogromną przyjemnością. Krzyż z parówek w "Dopóki Moje Serce Bije" do tej pory pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem teledyskowego absurdu fundowanego nam przez chłopaków z Sosnowca, a cytat "Morda psie, futerko mi się osunęło" ze "Zniszczyć wszystko" do dziś wykorzystywany jest przeze mnie w trakcie niektórych alkoholowych libacji. I to był dla mnie dowcip, którego od Frontside'u oczekiwałem, bo równoważył się gdzieś z naprawdę jebutną muzyką. Kiedy jednak akcent żartu przewędrował także w stronę muzyki, odczuwam że muszę w tym miejscu powiedzieć "Stop!", Frontsidzie, nie idź tą drogą. Nie kupuję tego żartu. Jest dla mnie za tani.

OCENA: 2/10 (tylko chuj wie, za co to dwa...)

środa, 3 września 2014

Mniejsze zapotrzebowanie

To nie był dla mnie najlepszy dzień. A jeśli mam być kompletnie szczery, to był on jednym z najgorszych w całym moim życiu, choć zupełnie nic tego nie zapowiadało. Ciepłe promienie wschodzącego słońca obudziły mnie o brzasku. Moim nozdrzom dobył się zapach świeżo zmielonej kawy oraz przepysznych (jak zwykle) grzanek z serem. Typowy, rodzinny poranek. Lub jak kto woli: cisza przed burzą.

Najpierw dowiedziałem się, że odchodzi ode mnie żona – głupia pizda. Zaplanowała wszystko tak, bym niczego się nie spodziewał do samego końca. Suka. Zimna, wredna suka. Wczoraj jeszcze pytała czy wszystko u mnie dobrze, jak w pracy i czy nie jestem przemęczony, a dzisiaj miała czelność przygotować śniadanie, mające być ostatnim posiłkiem zrobionym przez nią dla mnie. Nie mam bladego pojęcia zresztą kiedy znalazła czas na pichcenie, bo z tego, co zdążyłem już zauważyć, wszystkie meble z parteru naszego domu zniknęły, czytaj: zostały przez nią wywiezione. Jakim cudem nic nie usłyszałem? Przecież nieodłącznym atrybutem każdej wyprowadzki jest hałas. Nie da się wynieść tylu szaf, kredensów, krzeseł i innych mebli w ciszy i spokoju. Po prostu się nie da.

Gdy wszedłem do kuchni znajdował się tam tylko stół, krzesło, dwie grzanki na talerzu, filiżanka, jeszcze ciepłej, kawy oraz zaklejona koperta. Postanowiłem odroczyć wydanie wyroku w tej sprawie i dzień rozpocząłem od skonsumowania śniadania. Zazwyczaj czytam przy tym poranną gazetę, ale o przyniesieniu mi jej żona najwyraźniej w porannej krzątaninie najzwyczajniej w świecie zapomniała.

- Tego się nie spodziewałaś, suko -– powiedziałem do siebie, w myślach próbując wygrać choć jedną z bitew wytoczonej przez nią wojny. Zapewne chciała, by śniadanie stanęło mi w gardle podczas czytania napisanego dla mnie listu. O nie! Tak nie będzie, moja droga. Chciałaś odejść, proszę bardzo, droga wolna, jednak ja za dobrze Cię znam, by nie rozgryźć tak prostych sztuczek.

Tuż po posiłku otworzyłem kopertę, choć doskonale wiedziałem co się w niej znajduje.

- Mark - zacząłem czytać wyjęty z koperty list.- Nasze małżeństwo od dłuższego czasu było sztucznym tworem, a nas przy sobie trzymało tylko i wyłącznie przyzwyczajenie. Ktoś musiał zrobić ten pierwszy krok. Jestem niemal pewna, że i ty nieraz o tym myślałeś; nie zaprzeczaj. Cóż, okazałam się nieco szybsza. Tak, Mark, to koniec. Nie ma przed nami żadnej przyszłości. Czas zakończyć ten bezsens. Czas odstawić najgłupsze z naszych przyzwyczajeń. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. Podpisano: Agatha Lightly z domu Jackson.

W taki właśnie sposób zakończyło się moje pierwsze małżeństwo, a ja, mimo ogromnej emocjonalności tej chwili, byłem dziwnie spokojny. Suka przeprowadziła się pewnie do tego kutasa Kena, myślałem. Zawsze przeczuwałem, że rypie się z nim na boku. Dlatego tak często widziałem go w naszym domu. Niby zwykły kolega z pracy, który zawsze służy pomocną dłonią, a tak naprawdę chuj, który posuwał moją żonę częściej w trakcie miesiąca, niż ja przez cały okres trwania naszego związku. Położyłem list z powrotem na stole. Dopijając kawę ubrałem się i wyszedłem do pracy.

- Panie Lightly – usłyszałem zaraz po wejściu do zakładu.- Jest pan proszony do gabinetu szefa. I na Boga! Niech pan wciągnie w spodnie tę koszulę! Wygląda pan, jakby zostawiła pana żona – powiedział stary Otkinson, gruby, wąsaty padalec, który siedział w recepcji tego zakładu najprawdopodobniej od czasu biblijnego potopu.
- Taa… - odburknąłem, przeczuwając podskórnie kolejny atak dzisiejszych koszmarów, po czym udałem się w stronę gabinetu szefa. Van der Kee był synem imigrantów z Holandii, którzy postanowili osiedlić się w Springfield na początku lat pięćdziesiątych. Z wyglądu, Van der Kee przypominał faceta, który nie poradziłby sobie w życiu na żadnym, innym stanowisku. Są ludzie, których twarz szufladkuje do sprawowania określonych ról społecznych. Jedni pasują w tym względzie do łopaty, inni do pracowania chociażby w policji. Van der Kee natomiast z twarzy był nikim innym jak tylko szefem, a źle spasowany garnitur, okulary, czarne mokasyny oraz sporych rozmiarów brzuch tylko to podkreślały i idealnie uzupełniały nasze wyobrażenie o nim. W gabinecie szefa byłem już kilka razy, najczęściej po to, by odebrać kilkudolarowe, przedświąteczne bony towarowe na zakupy w jednej z sieci handlowych. Jako, że mieliśmy dziś jednak środek wakacji, mogłem z własnego doświadczenia przeczuwać, że Van der Kee nie ma zamiaru wręczać mi tym razem żadnych talonów.

Gdy już wszedłem do środka, Van der Kee energicznym ruchem ręki wskazał na krzesło, a gest ten był na tyle stanowczy, że zwyczajnie nie wypadało mi odmówić. Zasiadłem więc i z pokorną miną czekałem na tyrrardę szefa, który podszedł do okna i zaczął wypatrywać czegoś w dali.

- Nieprawdaż Lightly, że mamy dziś piękny dzień? – spytał ni stąd, ni zowąd.
- Tak, szefie. Wprost nie mógł być lepszy – odpowiedziałem z lekką dozą wyczuwalnej ironii. Van der Kee najwidoczniej jednak nie połapał się w moim sarkazmie, bo kontynuował pogodowy temat.
- Piękne słońce nad zakładem oznacza, że robotnicy będą pracować wydajniej. Zawsze tak jest w słoneczne dni. Nie wiedzieć czemu, ale właśnie wtedy sprężacie się najmocniej. Wiesz może czemu, Lightly?
- Niestety nie, szefie.
- Doprawdy szkoda. Ale nic to, może jeszcze kiedyś do tego dojdę. Zmieniając jednak temat. Domyślasz się, Lightly, czemu cię tu wezwałem?
- Nie – odparłem zdawkowo, choć miałem oczywiście swoje teorie, lecz na tym etapie rozmowy, wolałem się nimi z nikim nie dzielić.
- Niech no ja policzę, Lightly. Ile tu już pracujesz? Dziesięć? Piętnaście… Dwadzieścia lat?
- Osiemnaście – wtrąciłem, przerywając szefowi głośną wyliczankę.
- Osiemnaście? No niech ci będzie, stary pierdzielu. Lightly, pracujesz tu już osiemnaście lat, co oznacza, że masz pewne doświadczenie. Wiesz, że w lepszych czasach zawsze płacimy więcej naszym pracownikom, lecz w tych złych, część załogi musi opuścić okręt, by cały statek nie zatonął. Nadążasz, Lightly?
- Tak – odpowiedziałem. W gruncie rzeczy już jakiś czas temu zacząłem przeczuwać to, co za moment nastąpi.
- Niestety dla ciebie, doświadczenie czasem nie jest wystarczające. Postawmy sprawę jasno, Lightly. Nie jesteś już najmłodszym pracownikiem, co wiąże się dla mnie ze zwiększeniem kosztów ubezpieczeniowych, którymi muszę pokryć twoją pracę u mnie. Według prawa jesteś bardziej narażony na urazy niż młodsi robotnicy. Nadążasz, Lightly?
- Tak – powtórzyłem swoją odpowiedzieć sprzed chwili. Wzrokiem nadal wierciłem dziurę w podłodze, jakoś nie mogąc się przełamać, by podnieść głowę i spojrzeć na szefa, który najprawdopodobniej nadal stał przy oknie, patrząc na zakład.
- Lightly. Wiesz, że darzę cię wielkim szacunkiem, ciebie i całą twoją rodzinę, ale złe czasy nastały dla naszej firmy. Bessa na rynku spowodowała, że na nasze towary jest mniejsze zapotrzebowanie. A mniejsze zapotrzebowanie powoduje, że produkty zalegają na półkach sklepowych. A co za tym idzie, nie trzeba wytwarzać aż tak dużej ilości nowego towaru. A co za tym idzie…
- Jestem zwolniony – dokończyłem za Van der Kee’.
- Dokładnie tak. Skąd wiedziałeś?

Gdy już wyczyściłem swoją szafkę w przebieralni, opróżniwszy ją uprzednio ze wszystkiego co moje, postanowiłem raz na zawsze pożegnać się z zakładem. Nie chciałem wyjść na dupka, który nie umie pogodzić się ze zwolnieniem, a jednocześnie… nie mogłem pogodzić się ze zwolnieniem. O ironio! Czemu akurat dzisiaj? Czemu wszystko naraz? Czemu suka nie mogła odejść wczoraj, a kutas zwolnić mnie tydzień później? Czemu wszyscy postanowili rozprawić się ze mną właśnie dzisiaj?

- I co, Lightly. Restrukturyzacja? – spytał Otkinson, gdy otwierałem już zakładowe drzwi do wolności utożsamianej ze światem zewnętrznym.
- Spierdalaj, dziadu – rzuciłem tylko, nie odwracając nawet głowy w jego stronę, po czym opuściłem fabrykę.

Z kłopotami nie radzę sobie najlepiej, dlatego po szybkiej debacie w głowie doszedłem do wniosku, że pozostałą część dnia najlepiej będzie spędzić u Barney'a. Barney to jeden z porządniejszych facetów, jakich udało mi się spotkać w życiu. A już na pewno najbardziej uczciwy. Na Barney'a zawsze można było liczyć, nawet w trudnych momentach. Być może dlatego, że prowadził bar, w którym chciałem upić problemy dnia dzisiejszego. Przez moment odprężyć się. Zapomnieć o wszystkim. O żonie, pracy, życiu. Masakrycznie zbombardować samego siebie hektolitrami wódki. Stracić kontakt z wszechświatem. Uczynić cokolwiek, byle dzisiejszy dzień się skończył.

- Barney, dwie setki – krzyknąłem, gdy usiadłem przy barze. Barney nie od razu mnie usłyszał, ale gdy tylko spojrzał w moją stronę od razu zrozumiał o co mi chodzi. Być może na twarzy miałem narysowane problemy. Albo po prostu Barney, pracując już kilkanaście lat w zawodzie barmana, zdążył nauczyć się rozpoznawać ludzkie uczucia. Przecież to właśnie za ladą baru kryją się najlepsi psycholodzy świata.
- Co jest, staruszku? – spytał pokojowo Barney, po czym zmierzwił jedną ręką swoje kruczoczarne włosy, drugą nalewając wódkę do kieliszka.
- Lepiej nie mówić, Barney. Lepiej nie mówić – odpowiedziałem po jakimś czasie. Najpierw chciałem bowiem wyspowiadać się przed Barney'em ze wszystkiego, co dzisiaj zaszło, ale po chwili uznałem, że wcale nie pomoże mi to w jak najszybszym zapomnieniu o przykrych zdarzeniach.
- Jak wolisz, Mark. Ale pamiętaj, że zawsze Cię wysłucham.
- Dzięki, Barney, ale lepiej przygotuj kilka butelek tego szlachetnego płynu, bo zapewniam Cię, że jestem w stanie wypić ich dzisiaj naprawdę sporo.
- Ech, staruszku. Tylko nie przeholuj. W razie czego jestem do twojej dyspozycji – powiedział Barney, po czym ruszył w stronę przeciwległego krańca lady, gdzie czekał na niego nowy klient. Ja tymczasem podniosłem kieliszek. Przez moment wpatrywałem się mętnie we wlaną do niego ciecz, po czym, z grymasem na ustach, wypiłem całą zawartość jednym haustem. Po kilku, nieznaczących toastach, moją uwagę zwróciła blond piękność, która właśnie przekroczyła progi baru. Na moment wstrzymałem oddech, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Bywałem u Barneya niemal codziennie, a jednak nigdy nie dostrzegłem w barze kogoś tak urodziwego. Bądźmy ze sobą szczerzy. Bar Barney'a to typowo męska speluna, w której częściej spotkać można zwyrodnialców i uciekinierów z więzienia, niż tak dostojne damy. Blondynka podeszła do baru i spojrzała na mnie z ukosa. Speszony zdjąłem z niej swój wzrok i zacząłem molestować nim ściany.
- Czystą -– powiedziała do Barney'a swoim aksamitnym głosem, dzięki któremu całkowicie zapomniałem o świecie zewnętrznym. Znów na moment na nią spojrzałem. Niestety, zdążyła to zarejestrować i także popatrzyła się na mnie.
- Często tu przychodzisz? – spytała w pewnym momencie, próbując zapewne przeciąć niezręczną ciszę.
- Wiesz, nie za bardzo -– skłamałem.- Tak naprawdę mam dzisiaj gorszy dzień i tym tu – ruchem głowy wskazałem na kieliszek.- próbuję go naprawić.
- W takim razie za lepsze jutro – powiedziała blond nieznajoma, po czym podniosła w górę swój kieliszek i duszkiem wychyliła zawartość.- Jeszcze jednego – krzyknęła, po czym zalotnie uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałem tym samym, zamawiając kolejną kolejkę.

Nazajutrz obudziłem się w nieswoim łóżku. W głowie grał mi big band The Art. Ansamble of Chicago, a skronie pulsowały niczym membrana głośnika. Dopiero po chwili poczułem na swoim ciele delikatne muskanie czyjejś dłoni i odruchowo się wzdrygnąłem. Zacząłem przypominać sobie powoli wczorajszy wieczór. Bar. Barney. Blondynka… To musiała być udana noc, pomyślałem.
- Do tej pory nie spytałeś mnie jak mam na imię – powiedziała nieco niższym głosem. Muszę przyznać, że nieco inaczej go zapamiętałem.
- Okej – odparłem.- W takim razie jak masz na imię? -– spytałem, powoli odwracając się w stronę nowopoznanej blondynki.
- Mark? Ken?! – usłyszałem znikąd głos swojej żony.- Co wy robicie w jednym łóżku?!
- O rzesz kurwa - powiedziałem przyglądając się blondynce, która dzisiaj wyglądała jak ten kutas Ken, który odbił mi żonę. 

Dopiero po chwili zacząłem odczuwać promieniujący ból tyłka...

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates