poniedziałek, 15 lutego 2016

Beznadziejnik - 15.02.2016

Zdewaluowało nam się wszystko. Dawne ideały płoną w śmietnikach zastąpione wypacykowanymi imaginacjami nas samych. Kłamliwe odbicie w lustrze uśmiecha się krnąbrnie, jakby przez sam uśmiech ten chciało nam powiedzieć, że durniami jesteśmy. Durniami, którzy w coś jeszcze wierzą, myśl jakąś przewodnią, ale nie potrafią jej słowem określić, zdefiniować, przez przypadki odmienić. I tkwimy w tym naszym dureństwie, z lenistwa nie próbując nawet wygrzebać się z gówna, w które sami, nieroztropnością stopy swojej, wdepnęliśmy. 

Patrzę na poranną Łódź i widzę wszystko to, co siedzi we mnie, co powoduje, że wsiąkam jeszcze mocniej w bagno z ludzkiego łajna zdań prostych stworzone, ale nawet nie staram się, niczym topielec na środku oceanu, wynurzyć głowy ponad taflę wody, łapiąc rozpaczliwie ostatnie hausty pacyficznego powietrza, na sprzymierzenie z samym bogiem chyba licząc. Jakbym beniaminkiem u boga był, który w każdym momencie na wyciągnięcie pomocnej dłoni może liczyć, bo przecież bóg tylko na to czeka, by w krytycznym momencie spojrzeć na mnie wzrokiem łaskawym, pobłażliwości pełnym, zrozumienia, odpuszczenia wszystkich win popełnionych za życia, i zapominając o tym, co tkwi za uszami, dać mi jeszcze jedną szansę do wyleczenia zgorzeli na owrzodzonym od tkwienia w gównie ciele.

Patrzę na poranną Łódź. Na tramwaje w jedną i w drugą stronę krążące, od krańcówki do krańcówki transportujące ludzkie myśli, i nawet nie stawiam przed sobą egzystencjalnego pytania: co ja tu, kurwa, robię? Dlaczego zawsze uciekam przed odpowiedzialnością egzystencjalnych pytań? Dlaczego zawsze szukam najbliższego matecznika, gdy widzę przed sobą mur stworzony z cegieł pytań egzystencjalnych? Dlaczego między mrugnięciami powiek nie potrafię odnaleźć tego momentu odpowiedniego, po którym, jak dzień po nocy, wszystko jasnym się stanie. Odpowiedzi na pytania do tej pory mimotycznie przeze mnie odrzucane staną przed oczami, a ja, zachwycony epifanią swojej mądrości nagłej, niczym kłamliwe odbicie z lustra, uśmiechnę się krnąbrnie pod nosem, i z lekkim niedowierzaniem, schowanym gdzieś w mankietach podwiniętych do łokci koszul, z tą poranną Łodzią przejdę na ty.

Patrzę na poranną Łódź schowaną za mgłą znaków zapytania i zastanawiam się, dlaczego tak nieroztropnie przychodzimy na ten świat, na którym przyjdzie nam sczeznąć niewspółmiernie boleśnie w stosunku do tego, na co swoją życiową wegetacją między dniem urodzin, a dniem śmierci, zasłużyliśmy. Roztapiamy i petryfikujemy się na nowo, zmieniając stany skupienia wraz z wybiciem każdej nowej sekundy na cyferblacie boskiego zegara. Gdyby tak można było na to nasze przychodzenie nieznośne i odchodzenie dotkliwe jakąś anatemę nałożyć, wyłączyć samych siebie ze społeczności jednostek rodzących się i umierających. Utknąć gdzieś w zawieszeniu, istnieć w niebyciu swym, indyferentycznie przemierzać świat stworzony z mchu i paproci. Tak zwyczajnie, bez upiększeń żadnych, pójść na łatwiznę, oddychając powietrzem we własnym układzie współrzędnych, stworzonym gdzieś na uboczu układu, w którym przyszło nam żyć. Położyć się na zielonym, równo przystrzyżonym, trawiastym dywanie i wsłuchując się w rytm bicia własnego serca patrzeć na niebo pełne cudów. Czy o za dużo proszę?

Patrzę na poranną Łódź, nad którą jeszcze nie wzeszło słońce. Zgorzele ropieją i jest mi tak cholernie zimno. Zapalę jeszcze ostatniego papierosa. Chyba nadszedł już ten czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates