poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wild, wild west

Dziki Zachód rządził się swoimi prawami i nikomu przesadnie to nie przeszkadzało. Szczególnie rewolwerowcom, dla których okres ten był prawdziwymi złotymi żniwami. Rozboje z bronią w ręku stały na porządku dziennym, natomiast ten, kto miał pistolet posiadał też niemalże nieskrępowaną władzę (kończącą się zazwyczaj tam, skąd wystrzeliwane były naboje z innego rewolweru).

Saloon Wendy był jednak miejscem specyficznym. To tu zbierała się cała szulernia miasteczka, która na parterze grała w karty w oparach papierosowego dymu, a na piętrze chędorzyła miejscowe prostytutki, potrafiące za kilka dolarów wyprawiać w łóżkach prawdziwe cuda. Cuda, o występowaniu jakich we własnych domach miejscowa starszyzna bez zębów mogła tylko pomarzyć.

W pewnym momencie pozorny spokój saloonu został jednak zmącony przez Johna McCarthy'ego, najszybszego rewolwerowca po tej stronie Mississipi, który kilka tygodni temu wprowadził się do miasteczka. McCarthy z pewnością siebie wkroczył do środka, rozpychając na boki z wielkim impetem drewniane drzwiczki, które ledwo trzymały się w zawiasach.

- Kto do cholery spał z moją żoną? - spytał rewolwerowiec  celując bronią w pierwszego lepszego faceta, który siedział nieopodal drzwi. W środku zaległa niemal grobowa cisza. Nikt nie chciał zdradzić McCarthy'emu prawdy.
- Nie masz tylu naboi, McCarthy - odpowiedział po chwili barman nie odrywając wzroku od lady, na której stał pusty kufel po piwie.- Nie masz tylu naboi...

piątek, 25 kwietnia 2014

Od dupy

Mały człowiek zbiera różne gówna. Nie dlatego, że jest mu to do czegoś potrzebne, ale dlatego, że fajnie takim gównem przyszpanować przed kolegami. Gdy chodziłem do podstawówki i chciałem zaszpanować zbierało się pokemony. Do czasu, gdy jeden z największych popierdoleńców w szkole nie spuścił mi solidnego wpierdolu i nie przywłaszczył sobie mojej całej kolekcji. Jako, że zostałem wychowany w duchu chrześcijańskich wartości, postanowiłem przejść obok całej sprawy niemalże obojętnie (na moją decyzję w żadnym stopniu nie wpłynął fakt, że biłem się, jak sześcioletnia dziewczynka - od której w zasadzie pewnie też mógłbym zaliczyć łomot). Od tamtego czasu przestałem zbierać pokemony uznając, że tak potężnego zbioru, jaki ongiś posiadałem, nie będę w stanie odzyskać, choćbym wpieprzył wszystkie paczki chipsów świata.

Pokemony były jednak tylko jedną z rzeczy, jakie zbierało się za gówniarza. Innym skarbem była gazetka "Kaczor Donald". Być może wciąż można ją znaleźć w kioskach, nie mam bladego pojęcia. "Kaczora Donalda" kolekcjonowało się tylko z jednego powodu: bo do każdego egzemplarza dodawany był wykurwiście zajebisty gadżet, którego każdy, kto nie kupił "Kaczora Donalda" na czas mógł nam tylko zazdrościć. I gówno kogo obchodziło, czy był to jakiś kleisty pająk, który po rzucie przyklejał się do ściany, czy niedziałający kompas - miałem to w dupie. Najważniejszy był sam fakt posiadania gadżetu. I ta wielka zazdrość w oczach innych.

W środku każdego wydania "Kaczora Donalda" znajdował się kącik z rebusami, łamigłówkami, labiryntami i innymi rzeczami, nad którymi nie chciało mi się tracić czasu. Tuż obok zamieszczone były natomiast dowcipy, a czym lepiej przyszpanować wśród sześcioletnich znajomych, jak nie dowcipem? W jednym z wydań, wierzcie lub nie, znalazłem, dziś jeden z moich ulubionych, żart tej treści:

Rozmowa dentysty z pacjentem:

Dentysta: Oral Be
Pacjent: Anal cacy

Sens dowcipu zrozumiałem dopiero w drugiej klasie podstawówki, a i tak śmieszy mnie do dziś. Nawet teraz żałuję, że w połowie lat dziewięćdziesiątych w moim domu nie było skanera. Albo aparatu innego od jednorazowego Kodaka, którego każdemu było szkoda na jakieś pierdoły. Jakiś czas temu zresztą odnalazłem tego Kodaka. Wciąż miał na kliszy parę wolnych miejsc, choć nie chciało mi się sprawdzać, czy aparat sam w sobie był sprawny. Wydaje mi się, że dość szybko zacząłem zaznajamiać się z dodatkowym podtekstem relacji damsko-męskich i rozumieć więcej, niż moi pojebani koledzy, którzy uważali dziewczynki za największe zło tego świata. W końcu, jak można wierzyć komuś z dziurą między nogami?

Po latach stwierdzam, że kontrolowane zaufanie do płci przeciwnej nie jest niczym złym. W zasadzie jest nawet dobre. Tak, jak oral. Nigdy nie zrozumiałem tego pieprzonego dentysty...

PS. Wierzcie, lub nie, ale wróciłem do pisania rzeczy z głowy. Ostatnio udało mi się napisać najbardziej szczere zdanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Być może niedługo się nim z Wami podzielę.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Lubię alkohol

Ostatnio coraz częściej na Facebooku przypominam milionowi swoich fanów (53 osoby, zawsze coś, jak na człowieka, który ma wszystkie w dupie. Zawsze możecie dołączyć do tego grona, na przykład klikając tu: O!) o tym, że lubię alkohol i w stwierdzeniu tym nie widzę absolutnie niczego wstydliwego. Lubię alkohol. Lubię stan upojenia alkoholowego. Lubię stan obojętności oraz stan zapomnienia. Powiem więcej, lubię kaca, bo uświadamia mi on, że poprzedniego wieczora piłem alkohol. I nie boję się tego powiedzieć głośniej, bo niby czego miałbym się bać?

Ludzie wmawiają sobie, że mają problemy z alkoholem, nie dostrzegając jednocześnie, że problem stwarzają samym komunikatem przedstawionym w formie werbalnej. Pokładaniem zbyt dużej uwagi w to, ile i jak często piją. Kto ma bowiem problem z alkoholem? Ten, kto sam sobie mówi, że musi od alkoholu odpocząć. Ten, który mówi to do siebie zbyt często. Ta osoba ma problem, nie ja. Podobno alkoholik nie potrafi powiedzieć alkoholowi "nie". Wiecie, co ja myślę? To właśnie prawdziwi alkoholicy mówią to słowo w stosunku do alkoholu najczęściej. To oni mówią sobie: "więcej nie piję", "to już ostatni raz". I to oni te przyrzeczenia łamią.

Nigdy nie stwierdziłem, że zostawię alkohol. Bo jestem w jakimś stopniu z nim związany. Nie stanowi on mojego głównego i jedynego uzależnienia, ale lubię, gdy mam go pod ręką. Czasem idę do sklepu i wybieram sobie nową butelkę ze szlachetnym trunkiem alkoholowym tylko i wyłącznie po to, by postawić sobie ją w barku. Nie muszę jej otwierać przez następne pół roku. Zwyczajnie, cieszy mnie sama bliskość alkoholu. Jego namacalność i fakt, że należy do mnie.

Picie ma swoje zalety, szczególnie, gdy jest odpowiednio kontrolowane. Lubię alkohol, będę to powtarzał niczym mantrę. Lubie każdy alkohol; może z wyjątkiem jakiś chujowych drinków, wina i szampana. Szampan, czyli wino z bąbelkami. Jakbym zbyt małą pogardą obdarował samą instytucję wina, to jeszcze ktoś postanowił dodać do niego pieprzone bąbelki. Nienawidzę szampana i będę nim gardził do końca świata i o jeden dzień dłużej. Jeśli istnieje piekło, to w moim znajduje się Tercet Egzotyczny i szampan, jestem o tym święcie przekonany.

Podobnym uczuciem darzę drinki. Nie rozumiem osób, które chcą psuć smak i zapach alkoholu jakimikolwiek dodatkami. Okej, czasem wypiję whisky z colą (chociaż coraz częściej piję ostatnio samą whisky, bez lodu nawet), ale niepojętym jest dla mnie tworzenie tych wszystkich dziwnych wariacji z wódką, słodkimi dodatkami, włosami łonowymi kelnerów, kozami z nosa niemieckich siłaczek, sokami z owoców, płynami ejakulacyjnymi i masą innych dodatków, które mają uratować ohydny smak wódki. Myślicie, że gdyby czysta wódka miała mieć inny smak, to nikt by na to do tej pory nie wpadł? Darujcie sobie. Wódka ma poniewierać, a nie smakować. Koniec.

Kiedyś byłem w jednym z pubów w zamieszkiwanym przeze mnie mieści licząc po cichu na to, że uda mi się poderwać kelnerkę, która nie wiedzieć czemu wolała nazywać się barmanką. Cały wieczór spędziłem przy alkoholu i klockach Yenga. Jak bardzo popieprzonym trzeba być, żeby w pubie grać w klocki Yenga?

W pewnym momencie kelnerka, która wolała się nazywać barmanką postanowiła, że zrobi mi drinka. Początkowo myślałem, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Dopiero po pierwszym łyku tego paskudztwa zrozumiałem, jak bardzo pochopna była moja niemal natychmiastowa zgoda. Do końca wieczora żałowałem tej durnej decyzji. Dostałem coś o smaku taniej gumy balonowej dla dzieciaków z podstawówki. Siedziałem w pubie, sączyłem gówno o smaku gumy balonowej i grałem w klocki Yenga. Imprezy u Andy'ego Warhola to przy tym bal jesiennych liści.

By zabić chujowe odczucie w ustach zamówiłem sobie dwie setki wódki. Naraz. Jak łatwo się teraz domyślić, wieczoru nie spędziłem z kelnerką/barmanką. Nie zmieni to jednak faktu, że lubię alkohol i nie boję się do tego przyznać. Nikt nie powinien. Alkohol to Twój przyjaciel. Gorzej, gdy staje się jedynym przyjacielem.

Czasami lubię usiąść w fotelu, puścić Waitsa i ze szklanką whisky w ręku zapomnieć o całym świecie. Czasami tak właśnie spędzam wieczory. Czasami nie mam ochoty na nic innego. Czasami nic innego nie jest mi potrzebne do szczęścia. Wystarczy whisky i Waits.


środa, 9 kwietnia 2014

Fuszerka

Ludzie to naprawdę dziwny gatunek. Oczekują efektów, choć na każdą prośbę odpowiadają negatywnie. Chcą coś w zamian nie oferując niczego od siebie. I choć wykładasz im rozwiązanie na tacy, to kręcą na nie nosem twierdząc, że to nieopłacalne i w zasadzie nieprzydatne.

Nie chce mi się nawet specjalnie wnikać w logikę takich działań. Powiedzmy, że zaczynamy reklamować firmę. Firma nie jest duża i w zasadzie dopiero pojawiła się na rynku. My sami natomiast nie mamy zbyt wielu pieniędzy w portfelu, by ruszyć z pompą, więc imamy się własnych sposobów na rozpromowanie firmy. Jeden sposób się sprawdza, inny nie, ale wciąż szukamy tego właściwego. W sumie minęły dopiero dwa tygodnie, co w przeciągu tak krótkiego okresu może się wydarzyć? Ile osób może usłyszeć o naszej firmie, skoro na reklamę nie wydajemy praktycznie złotówki?

Tu stajemy przed odwiecznym problemem firm reklamowych: różnicy pomiędzy budżetem klienta a oczekiwaniami klienta. I nijak nie jesteś w stanie tego przeszkoczyć. Choćbyś nie wiem, jak bardzo się starał. Za każdym razem jesteś skazany na przegraną. Już na starcie. Bo oczekiwania są ogromne. Budżety... Cóż, lepiej przemilczeć tę kwestię.

Rozpoczęliśmy budowę, ale nie zdążyliśmy nawet postawić mocnych fundamentów, bo właściciel chciałby się już wprowadzać. Pozostaje mu znalezienie osoby, która postawi mu amerykański domek z płyt pilśniowych. A jak to często w tego typu konstrukcjach bywa nietrwałość jest ich największym znakiem rozpoznawczym. Fuszerka, wszędzie fuszerka...

piątek, 4 kwietnia 2014

Kawa

Wrodzony pesymizm? Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być gorzej i nigdy nie jest tak źle, żeby coś nie mogło się spierdolić bardziej. Życiowe prawdy w szarej polewie z codzienności. Zero cukru, sama gorycz. Brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Iluzorycznie jest wspaniale, podskórnie całkiem do dupy. I ta młynarszczyzna pytania co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze?

Kawa powoli traci smak stojąc w byle jakim kubku na parapecie. Świat, tak samo jak kawa zresztą, stygnie, choć za oknem firany deszczu obmywają ulice. Stoję przy szybie i głupio wpatrzony w bezmiar bezpłciowości blokowiska próbuję wsłuchać się w takt zegara niezapominającego o swojej codziennej pracy. Kolejna bezsensowna godzina za mną.

A może powinienem coś ze sobą zrobić? Podobno trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Czemu tylko nikt nie powiedział kiedy można się na niej pojawić? Życie przechodzi gdzieś obok, potyka się o nierówność płytek chodnikowych i niepewnie zmierza przed siebie. Z pewnością nie ma go w tym pokoju. Zapewne nie przebywa nawet w moim mieszkaniu. Najprawdopodobniej schowało się gdzieś w ciemnym zaułku, unikając blasku latarni, jakby nieśmiało czekało na przypadkową okazję do wykorzystania nie uświadomionych w codzienności ludzi.

Głupota pytania co teraz wywołuje wewnętrzną burzę śmiechu. Być może nawet na samą myśl o nim mimowolnie uśmiecham się pod nosem. Nie wiem. Nic już nie wiem. Nie chcę pić zimnej kawy.

wtorek, 1 kwietnia 2014

American Pie z Niemiec

Może wynika to z mojej natury i podejścia do świata, ale prima aprilis jest dla mnie jednym z najbardziej chujowych świąt, jakie ludzkość na przestrzeni wieków wymyśliła. W zasadzie głupsza od prima aprilis jest tylko Wielkanoc, z tymi swoimi wszystkimi popieprzonymi wielkimi dniami, o których nic nie wiem i za bardzo pochłaniać tej wiedzy nie chcę.

Tak, prima aprilis musieli wymyślić Niemcy, albo inny, słynący z poczucia humoru naród. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że jednego dnia wszyscy najmniej śmieszni ludzie świata rozpoczynają swoje dowcipasne tańce godowe wokół innych osób i wręczają im kosze pełne chujowych dowcipów, obok których nawet Tadeusz Drozda przeszedłby obojętnie? Naprawdę, nawet Tadeusz Drozda ma wyjebane na prima aprilis. Dla niego to jedyny dzień, w którym odpoczywa od męki opowiadania swoich dowcipów. Ja w zasadzie też. I próbuję odciąć się od wszystkich kawalarzy, którzy są moimi znajomymi, by nie musieć sztucznie szczerzyć zębów w grymasie mającym przypominać uśmiech radująć ich, że opowiedziany dowcip był znośny. Nie śmieszny, po prostu znośny. A tak naprawdę nie był. Był chujowy, jak "Weekend" i mniej śmieszny od wszystkich części "American Pie" razem wziętych.

W zasadzie to prima aprilis jest właśnie takim "American Pie". Nieśmieszni ludzie opowiadają nieśmieszne żarty nieśmiesznym ludziom i śmieją się, bo poziom ich inteligencji nie pozwala im zrozumieć, jak żałosne dowcipy wydobyły się z ich otworów gębowych. Sex, ruchanie, walenie konia, kurwa-kurwa-kurwa i tak przez półtorej godziny. Zesrać się można ze śmiechu, prawda?

Prima aprilis to jeden z najgorszych dni roku. Aż dziwne, że to 1 września, a nie 1 kwietnia Niemcy rozpoczęły II Wojnę Światową. To byłby dopiero ubaw, gdyby Adi najechał na nas w prima aprilis. Mógłby do tego nałożyć kostium klauna; wpisałby się w klimat. A w swoim plastikowym, nazistowskim czołgu na odtwarzaczu kaset wideo mógłby puszczać "American Pie". Bo w sumie dlaczego nie?

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates