Mały człowiek zbiera różne gówna. Nie dlatego, że jest mu to do czegoś potrzebne, ale dlatego, że fajnie takim gównem przyszpanować przed kolegami. Gdy chodziłem do podstawówki i chciałem zaszpanować zbierało się pokemony. Do czasu, gdy jeden z największych popierdoleńców w szkole nie spuścił mi solidnego wpierdolu i nie przywłaszczył sobie mojej całej kolekcji. Jako, że zostałem wychowany w duchu chrześcijańskich wartości, postanowiłem przejść obok całej sprawy niemalże obojętnie (na moją decyzję w żadnym stopniu nie wpłynął fakt, że biłem się, jak sześcioletnia dziewczynka - od której w zasadzie pewnie też mógłbym zaliczyć łomot). Od tamtego czasu przestałem zbierać pokemony uznając, że tak potężnego zbioru, jaki ongiś posiadałem, nie będę w stanie odzyskać, choćbym wpieprzył wszystkie paczki chipsów świata.
Pokemony były jednak tylko jedną z rzeczy, jakie zbierało się za gówniarza. Innym skarbem była gazetka "Kaczor Donald". Być może wciąż można ją znaleźć w kioskach, nie mam bladego pojęcia. "Kaczora Donalda" kolekcjonowało się tylko z jednego powodu: bo do każdego egzemplarza dodawany był wykurwiście zajebisty gadżet, którego każdy, kto nie kupił "Kaczora Donalda" na czas mógł nam tylko zazdrościć. I gówno kogo obchodziło, czy był to jakiś kleisty pająk, który po rzucie przyklejał się do ściany, czy niedziałający kompas - miałem to w dupie. Najważniejszy był sam fakt posiadania gadżetu. I ta wielka zazdrość w oczach innych.
W środku każdego wydania "Kaczora Donalda" znajdował się kącik z rebusami, łamigłówkami, labiryntami i innymi rzeczami, nad którymi nie chciało mi się tracić czasu. Tuż obok zamieszczone były natomiast dowcipy, a czym lepiej przyszpanować wśród sześcioletnich znajomych, jak nie dowcipem? W jednym z wydań, wierzcie lub nie, znalazłem, dziś jeden z moich ulubionych, żart tej treści:
Rozmowa dentysty z pacjentem:
Dentysta: Oral Be
Pacjent: Anal cacy
Sens dowcipu zrozumiałem dopiero w drugiej klasie podstawówki, a i tak śmieszy mnie do dziś. Nawet teraz żałuję, że w połowie lat dziewięćdziesiątych w moim domu nie było skanera. Albo aparatu innego od jednorazowego Kodaka, którego każdemu było szkoda na jakieś pierdoły. Jakiś czas temu zresztą odnalazłem tego Kodaka. Wciąż miał na kliszy parę wolnych miejsc, choć nie chciało mi się sprawdzać, czy aparat sam w sobie był sprawny. Wydaje mi się, że dość szybko zacząłem zaznajamiać się z dodatkowym podtekstem relacji damsko-męskich i rozumieć więcej, niż moi pojebani koledzy, którzy uważali dziewczynki za największe zło tego świata. W końcu, jak można wierzyć komuś z dziurą między nogami?
Po latach stwierdzam, że kontrolowane zaufanie do płci przeciwnej nie jest niczym złym. W zasadzie jest nawet dobre. Tak, jak oral. Nigdy nie zrozumiałem tego pieprzonego dentysty...
PS. Wierzcie, lub nie, ale wróciłem do pisania rzeczy z głowy. Ostatnio udało mi się napisać najbardziej szczere zdanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Być może niedługo się nim z Wami podzielę.
piątek, 25 kwietnia 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)
Categories
- Pojedyncze (7)
- Recki (3)
- Sarkasta (3)
- Słowo (9)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz