środa, 3 września 2014

Mniejsze zapotrzebowanie

To nie był dla mnie najlepszy dzień. A jeśli mam być kompletnie szczery, to był on jednym z najgorszych w całym moim życiu, choć zupełnie nic tego nie zapowiadało. Ciepłe promienie wschodzącego słońca obudziły mnie o brzasku. Moim nozdrzom dobył się zapach świeżo zmielonej kawy oraz przepysznych (jak zwykle) grzanek z serem. Typowy, rodzinny poranek. Lub jak kto woli: cisza przed burzą.

Najpierw dowiedziałem się, że odchodzi ode mnie żona – głupia pizda. Zaplanowała wszystko tak, bym niczego się nie spodziewał do samego końca. Suka. Zimna, wredna suka. Wczoraj jeszcze pytała czy wszystko u mnie dobrze, jak w pracy i czy nie jestem przemęczony, a dzisiaj miała czelność przygotować śniadanie, mające być ostatnim posiłkiem zrobionym przez nią dla mnie. Nie mam bladego pojęcia zresztą kiedy znalazła czas na pichcenie, bo z tego, co zdążyłem już zauważyć, wszystkie meble z parteru naszego domu zniknęły, czytaj: zostały przez nią wywiezione. Jakim cudem nic nie usłyszałem? Przecież nieodłącznym atrybutem każdej wyprowadzki jest hałas. Nie da się wynieść tylu szaf, kredensów, krzeseł i innych mebli w ciszy i spokoju. Po prostu się nie da.

Gdy wszedłem do kuchni znajdował się tam tylko stół, krzesło, dwie grzanki na talerzu, filiżanka, jeszcze ciepłej, kawy oraz zaklejona koperta. Postanowiłem odroczyć wydanie wyroku w tej sprawie i dzień rozpocząłem od skonsumowania śniadania. Zazwyczaj czytam przy tym poranną gazetę, ale o przyniesieniu mi jej żona najwyraźniej w porannej krzątaninie najzwyczajniej w świecie zapomniała.

- Tego się nie spodziewałaś, suko -– powiedziałem do siebie, w myślach próbując wygrać choć jedną z bitew wytoczonej przez nią wojny. Zapewne chciała, by śniadanie stanęło mi w gardle podczas czytania napisanego dla mnie listu. O nie! Tak nie będzie, moja droga. Chciałaś odejść, proszę bardzo, droga wolna, jednak ja za dobrze Cię znam, by nie rozgryźć tak prostych sztuczek.

Tuż po posiłku otworzyłem kopertę, choć doskonale wiedziałem co się w niej znajduje.

- Mark - zacząłem czytać wyjęty z koperty list.- Nasze małżeństwo od dłuższego czasu było sztucznym tworem, a nas przy sobie trzymało tylko i wyłącznie przyzwyczajenie. Ktoś musiał zrobić ten pierwszy krok. Jestem niemal pewna, że i ty nieraz o tym myślałeś; nie zaprzeczaj. Cóż, okazałam się nieco szybsza. Tak, Mark, to koniec. Nie ma przed nami żadnej przyszłości. Czas zakończyć ten bezsens. Czas odstawić najgłupsze z naszych przyzwyczajeń. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. Podpisano: Agatha Lightly z domu Jackson.

W taki właśnie sposób zakończyło się moje pierwsze małżeństwo, a ja, mimo ogromnej emocjonalności tej chwili, byłem dziwnie spokojny. Suka przeprowadziła się pewnie do tego kutasa Kena, myślałem. Zawsze przeczuwałem, że rypie się z nim na boku. Dlatego tak często widziałem go w naszym domu. Niby zwykły kolega z pracy, który zawsze służy pomocną dłonią, a tak naprawdę chuj, który posuwał moją żonę częściej w trakcie miesiąca, niż ja przez cały okres trwania naszego związku. Położyłem list z powrotem na stole. Dopijając kawę ubrałem się i wyszedłem do pracy.

- Panie Lightly – usłyszałem zaraz po wejściu do zakładu.- Jest pan proszony do gabinetu szefa. I na Boga! Niech pan wciągnie w spodnie tę koszulę! Wygląda pan, jakby zostawiła pana żona – powiedział stary Otkinson, gruby, wąsaty padalec, który siedział w recepcji tego zakładu najprawdopodobniej od czasu biblijnego potopu.
- Taa… - odburknąłem, przeczuwając podskórnie kolejny atak dzisiejszych koszmarów, po czym udałem się w stronę gabinetu szefa. Van der Kee był synem imigrantów z Holandii, którzy postanowili osiedlić się w Springfield na początku lat pięćdziesiątych. Z wyglądu, Van der Kee przypominał faceta, który nie poradziłby sobie w życiu na żadnym, innym stanowisku. Są ludzie, których twarz szufladkuje do sprawowania określonych ról społecznych. Jedni pasują w tym względzie do łopaty, inni do pracowania chociażby w policji. Van der Kee natomiast z twarzy był nikim innym jak tylko szefem, a źle spasowany garnitur, okulary, czarne mokasyny oraz sporych rozmiarów brzuch tylko to podkreślały i idealnie uzupełniały nasze wyobrażenie o nim. W gabinecie szefa byłem już kilka razy, najczęściej po to, by odebrać kilkudolarowe, przedświąteczne bony towarowe na zakupy w jednej z sieci handlowych. Jako, że mieliśmy dziś jednak środek wakacji, mogłem z własnego doświadczenia przeczuwać, że Van der Kee nie ma zamiaru wręczać mi tym razem żadnych talonów.

Gdy już wszedłem do środka, Van der Kee energicznym ruchem ręki wskazał na krzesło, a gest ten był na tyle stanowczy, że zwyczajnie nie wypadało mi odmówić. Zasiadłem więc i z pokorną miną czekałem na tyrrardę szefa, który podszedł do okna i zaczął wypatrywać czegoś w dali.

- Nieprawdaż Lightly, że mamy dziś piękny dzień? – spytał ni stąd, ni zowąd.
- Tak, szefie. Wprost nie mógł być lepszy – odpowiedziałem z lekką dozą wyczuwalnej ironii. Van der Kee najwidoczniej jednak nie połapał się w moim sarkazmie, bo kontynuował pogodowy temat.
- Piękne słońce nad zakładem oznacza, że robotnicy będą pracować wydajniej. Zawsze tak jest w słoneczne dni. Nie wiedzieć czemu, ale właśnie wtedy sprężacie się najmocniej. Wiesz może czemu, Lightly?
- Niestety nie, szefie.
- Doprawdy szkoda. Ale nic to, może jeszcze kiedyś do tego dojdę. Zmieniając jednak temat. Domyślasz się, Lightly, czemu cię tu wezwałem?
- Nie – odparłem zdawkowo, choć miałem oczywiście swoje teorie, lecz na tym etapie rozmowy, wolałem się nimi z nikim nie dzielić.
- Niech no ja policzę, Lightly. Ile tu już pracujesz? Dziesięć? Piętnaście… Dwadzieścia lat?
- Osiemnaście – wtrąciłem, przerywając szefowi głośną wyliczankę.
- Osiemnaście? No niech ci będzie, stary pierdzielu. Lightly, pracujesz tu już osiemnaście lat, co oznacza, że masz pewne doświadczenie. Wiesz, że w lepszych czasach zawsze płacimy więcej naszym pracownikom, lecz w tych złych, część załogi musi opuścić okręt, by cały statek nie zatonął. Nadążasz, Lightly?
- Tak – odpowiedziałem. W gruncie rzeczy już jakiś czas temu zacząłem przeczuwać to, co za moment nastąpi.
- Niestety dla ciebie, doświadczenie czasem nie jest wystarczające. Postawmy sprawę jasno, Lightly. Nie jesteś już najmłodszym pracownikiem, co wiąże się dla mnie ze zwiększeniem kosztów ubezpieczeniowych, którymi muszę pokryć twoją pracę u mnie. Według prawa jesteś bardziej narażony na urazy niż młodsi robotnicy. Nadążasz, Lightly?
- Tak – powtórzyłem swoją odpowiedzieć sprzed chwili. Wzrokiem nadal wierciłem dziurę w podłodze, jakoś nie mogąc się przełamać, by podnieść głowę i spojrzeć na szefa, który najprawdopodobniej nadal stał przy oknie, patrząc na zakład.
- Lightly. Wiesz, że darzę cię wielkim szacunkiem, ciebie i całą twoją rodzinę, ale złe czasy nastały dla naszej firmy. Bessa na rynku spowodowała, że na nasze towary jest mniejsze zapotrzebowanie. A mniejsze zapotrzebowanie powoduje, że produkty zalegają na półkach sklepowych. A co za tym idzie, nie trzeba wytwarzać aż tak dużej ilości nowego towaru. A co za tym idzie…
- Jestem zwolniony – dokończyłem za Van der Kee’.
- Dokładnie tak. Skąd wiedziałeś?

Gdy już wyczyściłem swoją szafkę w przebieralni, opróżniwszy ją uprzednio ze wszystkiego co moje, postanowiłem raz na zawsze pożegnać się z zakładem. Nie chciałem wyjść na dupka, który nie umie pogodzić się ze zwolnieniem, a jednocześnie… nie mogłem pogodzić się ze zwolnieniem. O ironio! Czemu akurat dzisiaj? Czemu wszystko naraz? Czemu suka nie mogła odejść wczoraj, a kutas zwolnić mnie tydzień później? Czemu wszyscy postanowili rozprawić się ze mną właśnie dzisiaj?

- I co, Lightly. Restrukturyzacja? – spytał Otkinson, gdy otwierałem już zakładowe drzwi do wolności utożsamianej ze światem zewnętrznym.
- Spierdalaj, dziadu – rzuciłem tylko, nie odwracając nawet głowy w jego stronę, po czym opuściłem fabrykę.

Z kłopotami nie radzę sobie najlepiej, dlatego po szybkiej debacie w głowie doszedłem do wniosku, że pozostałą część dnia najlepiej będzie spędzić u Barney'a. Barney to jeden z porządniejszych facetów, jakich udało mi się spotkać w życiu. A już na pewno najbardziej uczciwy. Na Barney'a zawsze można było liczyć, nawet w trudnych momentach. Być może dlatego, że prowadził bar, w którym chciałem upić problemy dnia dzisiejszego. Przez moment odprężyć się. Zapomnieć o wszystkim. O żonie, pracy, życiu. Masakrycznie zbombardować samego siebie hektolitrami wódki. Stracić kontakt z wszechświatem. Uczynić cokolwiek, byle dzisiejszy dzień się skończył.

- Barney, dwie setki – krzyknąłem, gdy usiadłem przy barze. Barney nie od razu mnie usłyszał, ale gdy tylko spojrzał w moją stronę od razu zrozumiał o co mi chodzi. Być może na twarzy miałem narysowane problemy. Albo po prostu Barney, pracując już kilkanaście lat w zawodzie barmana, zdążył nauczyć się rozpoznawać ludzkie uczucia. Przecież to właśnie za ladą baru kryją się najlepsi psycholodzy świata.
- Co jest, staruszku? – spytał pokojowo Barney, po czym zmierzwił jedną ręką swoje kruczoczarne włosy, drugą nalewając wódkę do kieliszka.
- Lepiej nie mówić, Barney. Lepiej nie mówić – odpowiedziałem po jakimś czasie. Najpierw chciałem bowiem wyspowiadać się przed Barney'em ze wszystkiego, co dzisiaj zaszło, ale po chwili uznałem, że wcale nie pomoże mi to w jak najszybszym zapomnieniu o przykrych zdarzeniach.
- Jak wolisz, Mark. Ale pamiętaj, że zawsze Cię wysłucham.
- Dzięki, Barney, ale lepiej przygotuj kilka butelek tego szlachetnego płynu, bo zapewniam Cię, że jestem w stanie wypić ich dzisiaj naprawdę sporo.
- Ech, staruszku. Tylko nie przeholuj. W razie czego jestem do twojej dyspozycji – powiedział Barney, po czym ruszył w stronę przeciwległego krańca lady, gdzie czekał na niego nowy klient. Ja tymczasem podniosłem kieliszek. Przez moment wpatrywałem się mętnie we wlaną do niego ciecz, po czym, z grymasem na ustach, wypiłem całą zawartość jednym haustem. Po kilku, nieznaczących toastach, moją uwagę zwróciła blond piękność, która właśnie przekroczyła progi baru. Na moment wstrzymałem oddech, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Bywałem u Barneya niemal codziennie, a jednak nigdy nie dostrzegłem w barze kogoś tak urodziwego. Bądźmy ze sobą szczerzy. Bar Barney'a to typowo męska speluna, w której częściej spotkać można zwyrodnialców i uciekinierów z więzienia, niż tak dostojne damy. Blondynka podeszła do baru i spojrzała na mnie z ukosa. Speszony zdjąłem z niej swój wzrok i zacząłem molestować nim ściany.
- Czystą -– powiedziała do Barney'a swoim aksamitnym głosem, dzięki któremu całkowicie zapomniałem o świecie zewnętrznym. Znów na moment na nią spojrzałem. Niestety, zdążyła to zarejestrować i także popatrzyła się na mnie.
- Często tu przychodzisz? – spytała w pewnym momencie, próbując zapewne przeciąć niezręczną ciszę.
- Wiesz, nie za bardzo -– skłamałem.- Tak naprawdę mam dzisiaj gorszy dzień i tym tu – ruchem głowy wskazałem na kieliszek.- próbuję go naprawić.
- W takim razie za lepsze jutro – powiedziała blond nieznajoma, po czym podniosła w górę swój kieliszek i duszkiem wychyliła zawartość.- Jeszcze jednego – krzyknęła, po czym zalotnie uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałem tym samym, zamawiając kolejną kolejkę.

Nazajutrz obudziłem się w nieswoim łóżku. W głowie grał mi big band The Art. Ansamble of Chicago, a skronie pulsowały niczym membrana głośnika. Dopiero po chwili poczułem na swoim ciele delikatne muskanie czyjejś dłoni i odruchowo się wzdrygnąłem. Zacząłem przypominać sobie powoli wczorajszy wieczór. Bar. Barney. Blondynka… To musiała być udana noc, pomyślałem.
- Do tej pory nie spytałeś mnie jak mam na imię – powiedziała nieco niższym głosem. Muszę przyznać, że nieco inaczej go zapamiętałem.
- Okej – odparłem.- W takim razie jak masz na imię? -– spytałem, powoli odwracając się w stronę nowopoznanej blondynki.
- Mark? Ken?! – usłyszałem znikąd głos swojej żony.- Co wy robicie w jednym łóżku?!
- O rzesz kurwa - powiedziałem przyglądając się blondynce, która dzisiaj wyglądała jak ten kutas Ken, który odbił mi żonę. 

Dopiero po chwili zacząłem odczuwać promieniujący ból tyłka...

niedziela, 15 czerwca 2014

Fiksacja

Siedziałem we własnym pokoju i po raz enty czytałem "Szmirę" Bukowskiego, gdy do środka weszła Ona. Nagle w centrum mojego pokoju znalazła się gorąca, najseksowniejsza laska, jaką ktokolwiek kiedykolwiek widział, a ja nie miałem bladego pojęcia skąd się tu wzięła i czego chce. Podniosłem wzrok znad książki, będąc przy tym kompletnie zaskoczony zaistnieją sytuacją. W tamtym momencie z mojej facjaty można było robić twarze do dmuchanych lalek. Nasze usta były wykrzywione w niemal identycznym zdziwieniu.

Ubrana w prześwitujący, czarny gorset, pończochy oraz równie czarne, wiązane kozaki na koturnie stanowiła urzeczywistnienie erotycznych marzeń każdego faceta. Stanęła w rozkroku kilka metrów ode mnie, po czym z niesłychaną gracją odwróciła się i wypięła swój krągły tyłeczek, jakby chciała podnieść z dywanu jakiś papier. Rzeczonego brudu na dywanie jednak nie znalazła, przez co przyłożyła tylko dłoń do ust, z udawaną pruderią zaskoczona swoim zachowaniem.

- Och nie powinnam - powiedziała w moją stronę, nadal wypinając swoje czteroliterowe tylne krągłości, bym mógł napawać nimi wzrok. Boże, co to był za tyłek! W rankingu najcudowniejszych tyłków świata z pewnością zająłby pierwszą lokatę, deklasując pozostałe tyłki z przeogromną łatwością. Jeśli ktoś kiedyś wymyśliłby definicję tyłka idealnego musiałby, tak jak ja wtedy, wpatrywać się właśnie w ten tyłek. Tak cudowna była ta pupa!
- Nic się nie stało - odpowiedziałem po chwili na wydechu. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego słowa. Podniecenie powoli stawało się niemożliwe do opanowania, a namiotowy maszt rósł z każdą upływającą sekundą.
- Chciałbyś może klepnąć? - spytała i seksownie zaśmiała się pod nosem. Jezu, nawet jej śmiech powodował rozrost mojego interesu w spodniach. To był jeden z tych chichotów, po których chce się poznać jego właścicielkę. Chichot z serii ekscytującego hihihi, po którym wiemy, że mamy do czynienia z młodą, rządną przygód laską, a nie grube hłehłehłe posiadane przez emerytki, notoryczne klientki fastfoodów oraz Niemki.

Tak, chciałem klepnąć ten tyłek, ale z podniecenia nie potrafiłem wstać z fotela. Dziewczyna najwidoczniej wyczuła moją fascynację jej ciałem, gdyż postanowiła podejść jeszcze bliżej, bym mógł dodatkowo poczuć zapach jej kobiecości. Jezusie przenajświętszy, myślałem kompletnie niepotrzebnie. A co będzie, jak do pokoju wejdzie matka?!

- Nie chciałbym ci przeszkadzać, ale mieszkam razem z matką, która raczej nie powinna zobaczyć mnie w takiej sytuacji z jakąkolwiek dziewczyną. Nawet tak śliczną, jak Ty - powiedziałem speszony, unikając bezpośredniego kontaktu wzrokowego, który mógłby mnie dodatkowo podniecić.- Poza tym, skąd się tu wzięłaś? Kim jesteś?
- Kociaku, myślisz, że to czas na takie rozmowy? - odpowiedziała z łatwością wybijając mi argument z ręki. W głębi duszy nie chciałem z nią o niczym rozmawiać. Takie okazje zdarzają się raz na milion. Kurwa! Nigdy się nie zdarzają! Tymczasem ja, nie wiedzieć czemu, zostałem wybrany do tego, by móc zabawić się z najseksowniejszą dziewczyną, jaka kiedykolwiek chodziła po tej planecie. Niestety, prócz zachęcającego do seksu diabła nad głową krążył mi także anioł, który odciągał mnie od stosunku wszelkimi możliwymi sposobami.

- Kociaku, weź mnie. Tu i teraz - powiedziała dziewczyna i siadła mi na kolanach, poprawiając swoje pończochy. Chyba nie było jej jednak tam wystarczająco wygodnie, bo po chwili wstała, złapała mnie za koszulę i mocno rzuciła na łóżko. Chryste, skąd w tej kobiecie tyle siły?

- Pieść moje ciało. Całuj po szyi. Czujesz mój zapach? - rzucała komendami, a ja, jak szeregowy przy sierżancie, wykonywałem wszystkie bez krzty zawahania.- Masz wspaniałe ciało, świetnie całujesz - kontynuowała dziewczyna.- Pieść moje piersi. One są nabrzmiałe od podniecenia. Pragnę Cię! Schodź niżej i niżej...

Od natłoku rozkazów powoli kręciło mi się w głowie, ale wszystkie sumiennie wykonywałem. Nie chciałem, by możliwość przespania się z taką laską przeszła mi obok nosa. Nie mogłem na coś takiego pozwolić. Czym innym mógłbym się chwalić przed kolegami? Każdy ostatnio wspominał o swoich erotycznych przygodach. Nawet pieprzony Ed, który z wyglądu przypomina skrzyżowanie byka, selera i Steve'a Buscemiego. Ja natomiast milczałem, zachowując się trochę jak nieśmiały piątoklasista na szkolnej dyskotece. Wierciłem butem dziurę w podłodze i zamiast oranżady piłem piwo za piwem.

- Wejdź we mnie. Rżnij mnie! Słyszysz?! Rżnij?!

Szybko zdjąłem swoją dolną część garderoby. Z jej gorsetem oraz fikuśną, czarną bielizną poszło mi trochę gorzej, lecz i tak po chwili byłem już w niej, wykonując rytmiczne ruchy w przód i tył.

- A teraz od tyłu, kochanie. Włóż mi od tyłu.
- To wypnij znowu swoją pupę - powiedziałem po raz pierwszy w trakcie zbliżenia.
- Wypinam i wsadź mi... Och, jesteś wspaniały. Mocniej! Do końca! Chcę go poczuć... Tak...!
- Dochodzisz już? - postanowiłem spytać w dalszym ciągu ujeżdżając ją od tyłu.
- Tak, jestem mokra. Spuść się do środka.. Aaach..

Doszedłem. Zaliczyłem najcudowniejszą laskę na świecie. Laskę, która z własnej, nieprzymuszonej woli pojawiła się w moim pokoju. Laskę, o której kompletnie nic nie wiedziałem. Kurwa, jestem pieprzonym szczęściarzem.

- Cudownie kochanie, do następnego razu - powiedziała dziewczyna zakładając swoje majtki i, jak gdyby nigdy nic, wychodząc z mojego pokoju.
- Czekaj, nie tam! - krzyknąłem podnosząc się błyskawicznie z łożka.

- Daniel, nie uważasz, że już czas... - zaczęła matka, na którą wpadłem wybiegając z pokoju za nieznajomą. Jedną ręką ściskałem swojego penisa, nieco oblepionego białą mazią, a w drugiej trzymałem książkę. No żesz ty kurwa go mać...

niedziela, 8 czerwca 2014

Hot Water Music - Exister (recenzja)

Gdy słońce z nieba nakurwia nam swym blaskiem, a gorąc uniemożliwia normalne funkcjonowanie, warto ratować się pasującą do tego muzyką. Bo jeśli przyjdzie nam umrzeć, to przynajmniej umrzemy w rytmie rock'n'rolla.

Oczywiście, balladowe smęty, a w szczególności świetne gitarowo smęty w stylu Casha Johnny'ego, również warto dodawać do swoich playlist, ale z pewnością nie są to kawałki, których chce się słuchać w tak upalne dni, jak dzisiejszy (a mamy dziś 8 czerwca, na wypadek, gdyby ktoś chciał się później dopieprzyć, że gdy czyta tę recenzję, to za oknem deszcz mu akurat pada). Dziś musimy mieć ochotę na coś, co nas rozrusza. Co pobudzi nasze ciało do życia. Co sprawi, że zaczniemy rytmicznie tupać nóżką, a krew będzie szybciej przemieszczać się po organizmie. I wierzcie mi, lub nie, ale płyta "Exister" ekipy Hot Water Music z Florydy jest idealnym kandydatem do towarzystwa w taki właśnie dzień.

Album jest świetnie zbalansowany. Nie brakuje na nim wybitnych gitarowo kawałków, zahaczających nieco brzmieniowo o Pearl Jam u szczytu formy (niesamowite "State of Grace" na przykład, którym się tu z Wami podzielę), typowo punkowych wymiataczy (otwierający krążek "Mainline" - hołd dla old time'u), czy przypominający mi nieco Black Flag z czasów, gdy za wokal w kalifornijskiej ekipie odpowiadał Henry Rollins kawałek "Drag My Body" (ps. nikt nie wmówi mi, że Black Flag miał w swojej karierze lepszy okres od tego, w którym śpiewał Henry. Keith był inny, inny był też Black Flag, ale to Rollins nadał temu zespołowi charakteru, za który go uwielbiam). Wszystko brzmi niesamowicie przyjemnie i charakternie; niemal idealnie na dzień taki, jak dzisiejszy. Gdy oprócz błękitnego nieba i odpowiedniej muzyki niczego więcej nam nie potrzeba.

Jeśli ktoś stworzy kiedyś panteon bogów muzyki punkowej nowej fali (ale bez jakichkolwiek post punkowych miernot), Hot Water Music będą na pewno zajmować w nim dość ważną pozycję. "Exiter" to album z grupy tych, które trzeba chociaż raz przesłuchać. Albo i więcej, bo raz to zdecydowanie za mało.

wtorek, 3 czerwca 2014

The Menzingers - Rented World (recenzja)

Czasem światłu dziennemu ukazują się płyty, które pozwalają mi uwierzyć w to, że punk's not dead. Jest ich coraz mniej, rzecz jasna, ale i tak cieszę się, że niekiedy uda mi się taką perełkę wyłowić. Od kilku dni taką perełką dla mnie jest najnowszy krążek amerykańskiej formacji The Menzingers zatytułowany "Rented World".

W karmionych komercją czasach wyszukać dobrą muzykę jest cholernie trudno. Nie zrozumcie mnie źle. W wolnych chwilach ciągle bawię się w muzycznego Sherlocka Holmesa i eksploruję niezbadane fragmenty Internetu w poszukiwaniu pieszczących moje uszy dźwięków, ale nawet mi coraz trudniej znaleźć jakąkolwiek nową kapelę, która nie będzie kalką miliona innych znanych już ludzkości kapel. Każdy stara się grać tak samo, a radio napierdala milionem zespołów, z których każdy brzmi, jak pieprzony Coldplay. Toniemy w muzycznej bylejakości, tandetności, braku oryginalności i piardyliardzie przeróbek "Moves Like Jagger". Rzygać się chce.

Niekiedy jednak udaje mi się zapomnieć o tym, jak bardzo gardzę nowoczesną muzyką i przesłuchać w całości album. Jakże to smutne, że przestaliśmy słuchać płyt od początku do końca, a jednocześnie, jak bardzo ironiczne, że większość płyt nie powinna być słuchana w ogóle przez nikogo. Dlatego też, tak bardzo ucieszyłem się, gdy po raz pierwszy od wiosny zeszłego roku, kiedy to zachwyciłem się krążkiem grupy Transit zatytułowanym "Young New England" przyszło mi zachwycić się ponownie. Tym razem za sprawą ekipy The Menzingers i ich najnowszego dzieła - "Rented World".

Owszem, nie jest to punk w stylu The Exploited czy Dead Kennedys, ale jakie to ma znaczenia? Muzyka ewoluuje (niekiedy tylko w dobrą stronę) i bardzo dobrze, że mając w pamięci korzenie komukolwiek chce tworzyć się coś nowego. The Menzingers się chce. I pewnie z tego powodu udało im się wydać naprawdę godny polecenia album. Jest moc, jest fajny wokal, są chwytliwe i szybkie melodie, jest klimatyczne bicie po bębnach, czego chcieć więcej?

Zdaniem dziennikarzy AbsolutePunk.net, The Menzingers to obecnie jedna z najlepszych kapel punkowych w Stanach Zjednoczonych. To chyba odpowiednia motywacja, by każdy z Was także przesłuchał ich najnowszy krążek, z każdą kolejną piosenką coraz bardziej wczuwając się w klimat, śpiewając razem z wokalistą i wkurwiając sąsiadów. Bo od tego, do cholery jasnej, jest punk!

czwartek, 15 maja 2014

Jak popadnie to odpadnie

Niektórzy ludzie są najwidoczniej niepoważni już z samego swojego założenia, a ich istnienie, u normalnej części społeczeństwa, wywołuje niemałe stany psychicznej agonii.

Nie lubię tego robić, ale czasem muszę upomnieć się o zapłatę, w myśl starego powiedzenia: za pracę należy się nagroda. W tym przypadku nagroda finansowa wynikająca z obopólnych zobowiązań. Wydaje mi się, że jest to w dzisiejszych czasach normalne. Zrobiłeś coś dla kogoś na mocy łączącej Was umowy, oczekujesz zapłaty za wykonaną pracę. No chyba, że się mylę?

W drugim tygodniu oczekiwania na przelew trochę się już zdenerwowałem. No bo ile można czekać na jeden przelew? Postanowiłem napisać więc do gościa i kulturalnie zapytać, kiedy wysyłają przelewy, bo mija już drugi tydzień, a pieniądze dziwnym zrządzeniem losu wciąż nie trafiły na moje konto.

Na odpowiedź czekałem dwa dni, a gdy już przyszła, nie pozostało mi nic innego, jak załamać ręce i z błagalną miną wznieść wzrok ku niebu:

- Kiedy wysyłamy? Jak popadnie - przeczytałem w mailu.

I właśnie dlatego zakończyłem współpracę z niepoważnym człowiekiem. Tak się tylko zastanawiam, czy gdybym w trakcie wykonywania zleconych mi prac odpowiedział mu tak samo, jak mogłoby się to skończyć.

- Cześć, na kiedy jesteś w stanie przygotować mi tę ofertę, o której rozmawialiśmy przed chwilą?
- Kiedy? Jak popadnie.

Ale nie, ja, w przeciwieństwie do niepoważnego człowieka, ze swojej części obowiązków wywiązałem się z nawiązką. Czyżby nadszedł już odpowiedni moment, żeby odezwać się do KRD? Do niektórych niestety trafia tylko i wyłącznie argument strachu...

środa, 7 maja 2014

Nie akceptuję rachunku w żaden sposób!

Czasami naprawdę wydaje mi się, że nie pracuję z poważnymi ludźmi i ucieczka z korporacji była najlepszą z możliwych decyzji. Pewne firmy pomagają Ci na samym początku, by później w każdym możliwym stopniu blokować Twój osobisty rozwój.

Wystarczy spojrzeć na firmę, w której pracowałem ostatnio i z którą wciąż łączy mnie parę zleceń (nic wielkiego można by rzec). Minął miesiąc kwiecień, więc pełni optymizmu wysłałem rozliczenie, zgodne kwotowo z wcześniejszymi ustaleniami (no bo przecież nie wyciągnę żadnej z kwot z kosmosu, chociaż przyznam, byłoby to ciekawe rozwiązanie). Dziś otrzymałem odpowiedź, że kwota jest oburzająca, nie do zaakceptowania i w ogóle skąd się wzięły tak duże kwoty, skoro bla, bla, bla: "Nie akceptuję rachunku w żaden sposób. Skąd te kwoty się wzięły?".  Co z tego, że początkowe ustalenia były całkowicie odmienne. Czasy się zmieniają, tak? Widocznie nie każdy w dzisiejszych czasach uważa, że dane słowo ważniejsze od pieniędzy (szczęśliwie mam te słowa zapisane w e-mailach).

Dość interesujący argument padł na samym końcu, dość zabawnej skądinąd, wiadomości. Otóż okazało się, że jedno zlecenie, które dla danej firmy wykonałem ma zostać opłacone dopiero, gdy... firma wygra przetarg! Wyobraźcie sobie taką sytuację u fryzjera: - Okej, mogę panu zapłacić, ale dopiero wtedy, gdy moja fryzura spodoba się Bradowi Pittowi - mówi pulchna starowinka, niedbale obraca się na pięcie i wychodzi z salonu. Na miejscu fryzjera od razu przystałbym na ten układ. Albo na stacji benzynowej! - Pewnie, zapłacę za paliwo, ale tylko wtedy, gdy mój samochód przejedzie przynajmniej sto kilometrów. Urocze, nieprawdaż?

Najzabawniejsze w całej sytuacji jest jednak to, że maila o tak cudownej treści moja poczta zakwalifikowała jako spam. Cóż, nie dziwię jej się. Takiego gówna ja też dawno nie czytałem. Kurwa, oni naprawdę myślą, że są w stanie mnie wydymać i zaproponować parę klapiaków za miesięczny zapierdol. Cóż, źle trafili... Bardzo źle.

Prawie dwumiesięczne już siedzenie w domu jeszcze nie zaczęło mnie nudzić. Zapieprzanie w "korpo" miało swoje zalety, owszem, ale jednocześnie zajmowało tak wiele czasu, który teraz mogę poświęcić na rozwijanie samego siebie. Sam się dziwię, że tak późno z tego zrezygnowałem. Tylko ta kasa mogłaby się powoli zacząć znowu pojawiać...

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wild, wild west

Dziki Zachód rządził się swoimi prawami i nikomu przesadnie to nie przeszkadzało. Szczególnie rewolwerowcom, dla których okres ten był prawdziwymi złotymi żniwami. Rozboje z bronią w ręku stały na porządku dziennym, natomiast ten, kto miał pistolet posiadał też niemalże nieskrępowaną władzę (kończącą się zazwyczaj tam, skąd wystrzeliwane były naboje z innego rewolweru).

Saloon Wendy był jednak miejscem specyficznym. To tu zbierała się cała szulernia miasteczka, która na parterze grała w karty w oparach papierosowego dymu, a na piętrze chędorzyła miejscowe prostytutki, potrafiące za kilka dolarów wyprawiać w łóżkach prawdziwe cuda. Cuda, o występowaniu jakich we własnych domach miejscowa starszyzna bez zębów mogła tylko pomarzyć.

W pewnym momencie pozorny spokój saloonu został jednak zmącony przez Johna McCarthy'ego, najszybszego rewolwerowca po tej stronie Mississipi, który kilka tygodni temu wprowadził się do miasteczka. McCarthy z pewnością siebie wkroczył do środka, rozpychając na boki z wielkim impetem drewniane drzwiczki, które ledwo trzymały się w zawiasach.

- Kto do cholery spał z moją żoną? - spytał rewolwerowiec  celując bronią w pierwszego lepszego faceta, który siedział nieopodal drzwi. W środku zaległa niemal grobowa cisza. Nikt nie chciał zdradzić McCarthy'emu prawdy.
- Nie masz tylu naboi, McCarthy - odpowiedział po chwili barman nie odrywając wzroku od lady, na której stał pusty kufel po piwie.- Nie masz tylu naboi...

piątek, 25 kwietnia 2014

Od dupy

Mały człowiek zbiera różne gówna. Nie dlatego, że jest mu to do czegoś potrzebne, ale dlatego, że fajnie takim gównem przyszpanować przed kolegami. Gdy chodziłem do podstawówki i chciałem zaszpanować zbierało się pokemony. Do czasu, gdy jeden z największych popierdoleńców w szkole nie spuścił mi solidnego wpierdolu i nie przywłaszczył sobie mojej całej kolekcji. Jako, że zostałem wychowany w duchu chrześcijańskich wartości, postanowiłem przejść obok całej sprawy niemalże obojętnie (na moją decyzję w żadnym stopniu nie wpłynął fakt, że biłem się, jak sześcioletnia dziewczynka - od której w zasadzie pewnie też mógłbym zaliczyć łomot). Od tamtego czasu przestałem zbierać pokemony uznając, że tak potężnego zbioru, jaki ongiś posiadałem, nie będę w stanie odzyskać, choćbym wpieprzył wszystkie paczki chipsów świata.

Pokemony były jednak tylko jedną z rzeczy, jakie zbierało się za gówniarza. Innym skarbem była gazetka "Kaczor Donald". Być może wciąż można ją znaleźć w kioskach, nie mam bladego pojęcia. "Kaczora Donalda" kolekcjonowało się tylko z jednego powodu: bo do każdego egzemplarza dodawany był wykurwiście zajebisty gadżet, którego każdy, kto nie kupił "Kaczora Donalda" na czas mógł nam tylko zazdrościć. I gówno kogo obchodziło, czy był to jakiś kleisty pająk, który po rzucie przyklejał się do ściany, czy niedziałający kompas - miałem to w dupie. Najważniejszy był sam fakt posiadania gadżetu. I ta wielka zazdrość w oczach innych.

W środku każdego wydania "Kaczora Donalda" znajdował się kącik z rebusami, łamigłówkami, labiryntami i innymi rzeczami, nad którymi nie chciało mi się tracić czasu. Tuż obok zamieszczone były natomiast dowcipy, a czym lepiej przyszpanować wśród sześcioletnich znajomych, jak nie dowcipem? W jednym z wydań, wierzcie lub nie, znalazłem, dziś jeden z moich ulubionych, żart tej treści:

Rozmowa dentysty z pacjentem:

Dentysta: Oral Be
Pacjent: Anal cacy

Sens dowcipu zrozumiałem dopiero w drugiej klasie podstawówki, a i tak śmieszy mnie do dziś. Nawet teraz żałuję, że w połowie lat dziewięćdziesiątych w moim domu nie było skanera. Albo aparatu innego od jednorazowego Kodaka, którego każdemu było szkoda na jakieś pierdoły. Jakiś czas temu zresztą odnalazłem tego Kodaka. Wciąż miał na kliszy parę wolnych miejsc, choć nie chciało mi się sprawdzać, czy aparat sam w sobie był sprawny. Wydaje mi się, że dość szybko zacząłem zaznajamiać się z dodatkowym podtekstem relacji damsko-męskich i rozumieć więcej, niż moi pojebani koledzy, którzy uważali dziewczynki za największe zło tego świata. W końcu, jak można wierzyć komuś z dziurą między nogami?

Po latach stwierdzam, że kontrolowane zaufanie do płci przeciwnej nie jest niczym złym. W zasadzie jest nawet dobre. Tak, jak oral. Nigdy nie zrozumiałem tego pieprzonego dentysty...

PS. Wierzcie, lub nie, ale wróciłem do pisania rzeczy z głowy. Ostatnio udało mi się napisać najbardziej szczere zdanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Być może niedługo się nim z Wami podzielę.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Lubię alkohol

Ostatnio coraz częściej na Facebooku przypominam milionowi swoich fanów (53 osoby, zawsze coś, jak na człowieka, który ma wszystkie w dupie. Zawsze możecie dołączyć do tego grona, na przykład klikając tu: O!) o tym, że lubię alkohol i w stwierdzeniu tym nie widzę absolutnie niczego wstydliwego. Lubię alkohol. Lubię stan upojenia alkoholowego. Lubię stan obojętności oraz stan zapomnienia. Powiem więcej, lubię kaca, bo uświadamia mi on, że poprzedniego wieczora piłem alkohol. I nie boję się tego powiedzieć głośniej, bo niby czego miałbym się bać?

Ludzie wmawiają sobie, że mają problemy z alkoholem, nie dostrzegając jednocześnie, że problem stwarzają samym komunikatem przedstawionym w formie werbalnej. Pokładaniem zbyt dużej uwagi w to, ile i jak często piją. Kto ma bowiem problem z alkoholem? Ten, kto sam sobie mówi, że musi od alkoholu odpocząć. Ten, który mówi to do siebie zbyt często. Ta osoba ma problem, nie ja. Podobno alkoholik nie potrafi powiedzieć alkoholowi "nie". Wiecie, co ja myślę? To właśnie prawdziwi alkoholicy mówią to słowo w stosunku do alkoholu najczęściej. To oni mówią sobie: "więcej nie piję", "to już ostatni raz". I to oni te przyrzeczenia łamią.

Nigdy nie stwierdziłem, że zostawię alkohol. Bo jestem w jakimś stopniu z nim związany. Nie stanowi on mojego głównego i jedynego uzależnienia, ale lubię, gdy mam go pod ręką. Czasem idę do sklepu i wybieram sobie nową butelkę ze szlachetnym trunkiem alkoholowym tylko i wyłącznie po to, by postawić sobie ją w barku. Nie muszę jej otwierać przez następne pół roku. Zwyczajnie, cieszy mnie sama bliskość alkoholu. Jego namacalność i fakt, że należy do mnie.

Picie ma swoje zalety, szczególnie, gdy jest odpowiednio kontrolowane. Lubię alkohol, będę to powtarzał niczym mantrę. Lubie każdy alkohol; może z wyjątkiem jakiś chujowych drinków, wina i szampana. Szampan, czyli wino z bąbelkami. Jakbym zbyt małą pogardą obdarował samą instytucję wina, to jeszcze ktoś postanowił dodać do niego pieprzone bąbelki. Nienawidzę szampana i będę nim gardził do końca świata i o jeden dzień dłużej. Jeśli istnieje piekło, to w moim znajduje się Tercet Egzotyczny i szampan, jestem o tym święcie przekonany.

Podobnym uczuciem darzę drinki. Nie rozumiem osób, które chcą psuć smak i zapach alkoholu jakimikolwiek dodatkami. Okej, czasem wypiję whisky z colą (chociaż coraz częściej piję ostatnio samą whisky, bez lodu nawet), ale niepojętym jest dla mnie tworzenie tych wszystkich dziwnych wariacji z wódką, słodkimi dodatkami, włosami łonowymi kelnerów, kozami z nosa niemieckich siłaczek, sokami z owoców, płynami ejakulacyjnymi i masą innych dodatków, które mają uratować ohydny smak wódki. Myślicie, że gdyby czysta wódka miała mieć inny smak, to nikt by na to do tej pory nie wpadł? Darujcie sobie. Wódka ma poniewierać, a nie smakować. Koniec.

Kiedyś byłem w jednym z pubów w zamieszkiwanym przeze mnie mieści licząc po cichu na to, że uda mi się poderwać kelnerkę, która nie wiedzieć czemu wolała nazywać się barmanką. Cały wieczór spędziłem przy alkoholu i klockach Yenga. Jak bardzo popieprzonym trzeba być, żeby w pubie grać w klocki Yenga?

W pewnym momencie kelnerka, która wolała się nazywać barmanką postanowiła, że zrobi mi drinka. Początkowo myślałem, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Dopiero po pierwszym łyku tego paskudztwa zrozumiałem, jak bardzo pochopna była moja niemal natychmiastowa zgoda. Do końca wieczora żałowałem tej durnej decyzji. Dostałem coś o smaku taniej gumy balonowej dla dzieciaków z podstawówki. Siedziałem w pubie, sączyłem gówno o smaku gumy balonowej i grałem w klocki Yenga. Imprezy u Andy'ego Warhola to przy tym bal jesiennych liści.

By zabić chujowe odczucie w ustach zamówiłem sobie dwie setki wódki. Naraz. Jak łatwo się teraz domyślić, wieczoru nie spędziłem z kelnerką/barmanką. Nie zmieni to jednak faktu, że lubię alkohol i nie boję się do tego przyznać. Nikt nie powinien. Alkohol to Twój przyjaciel. Gorzej, gdy staje się jedynym przyjacielem.

Czasami lubię usiąść w fotelu, puścić Waitsa i ze szklanką whisky w ręku zapomnieć o całym świecie. Czasami tak właśnie spędzam wieczory. Czasami nie mam ochoty na nic innego. Czasami nic innego nie jest mi potrzebne do szczęścia. Wystarczy whisky i Waits.


środa, 9 kwietnia 2014

Fuszerka

Ludzie to naprawdę dziwny gatunek. Oczekują efektów, choć na każdą prośbę odpowiadają negatywnie. Chcą coś w zamian nie oferując niczego od siebie. I choć wykładasz im rozwiązanie na tacy, to kręcą na nie nosem twierdząc, że to nieopłacalne i w zasadzie nieprzydatne.

Nie chce mi się nawet specjalnie wnikać w logikę takich działań. Powiedzmy, że zaczynamy reklamować firmę. Firma nie jest duża i w zasadzie dopiero pojawiła się na rynku. My sami natomiast nie mamy zbyt wielu pieniędzy w portfelu, by ruszyć z pompą, więc imamy się własnych sposobów na rozpromowanie firmy. Jeden sposób się sprawdza, inny nie, ale wciąż szukamy tego właściwego. W sumie minęły dopiero dwa tygodnie, co w przeciągu tak krótkiego okresu może się wydarzyć? Ile osób może usłyszeć o naszej firmie, skoro na reklamę nie wydajemy praktycznie złotówki?

Tu stajemy przed odwiecznym problemem firm reklamowych: różnicy pomiędzy budżetem klienta a oczekiwaniami klienta. I nijak nie jesteś w stanie tego przeszkoczyć. Choćbyś nie wiem, jak bardzo się starał. Za każdym razem jesteś skazany na przegraną. Już na starcie. Bo oczekiwania są ogromne. Budżety... Cóż, lepiej przemilczeć tę kwestię.

Rozpoczęliśmy budowę, ale nie zdążyliśmy nawet postawić mocnych fundamentów, bo właściciel chciałby się już wprowadzać. Pozostaje mu znalezienie osoby, która postawi mu amerykański domek z płyt pilśniowych. A jak to często w tego typu konstrukcjach bywa nietrwałość jest ich największym znakiem rozpoznawczym. Fuszerka, wszędzie fuszerka...

piątek, 4 kwietnia 2014

Kawa

Wrodzony pesymizm? Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być gorzej i nigdy nie jest tak źle, żeby coś nie mogło się spierdolić bardziej. Życiowe prawdy w szarej polewie z codzienności. Zero cukru, sama gorycz. Brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Iluzorycznie jest wspaniale, podskórnie całkiem do dupy. I ta młynarszczyzna pytania co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze?

Kawa powoli traci smak stojąc w byle jakim kubku na parapecie. Świat, tak samo jak kawa zresztą, stygnie, choć za oknem firany deszczu obmywają ulice. Stoję przy szybie i głupio wpatrzony w bezmiar bezpłciowości blokowiska próbuję wsłuchać się w takt zegara niezapominającego o swojej codziennej pracy. Kolejna bezsensowna godzina za mną.

A może powinienem coś ze sobą zrobić? Podobno trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Czemu tylko nikt nie powiedział kiedy można się na niej pojawić? Życie przechodzi gdzieś obok, potyka się o nierówność płytek chodnikowych i niepewnie zmierza przed siebie. Z pewnością nie ma go w tym pokoju. Zapewne nie przebywa nawet w moim mieszkaniu. Najprawdopodobniej schowało się gdzieś w ciemnym zaułku, unikając blasku latarni, jakby nieśmiało czekało na przypadkową okazję do wykorzystania nie uświadomionych w codzienności ludzi.

Głupota pytania co teraz wywołuje wewnętrzną burzę śmiechu. Być może nawet na samą myśl o nim mimowolnie uśmiecham się pod nosem. Nie wiem. Nic już nie wiem. Nie chcę pić zimnej kawy.

wtorek, 1 kwietnia 2014

American Pie z Niemiec

Może wynika to z mojej natury i podejścia do świata, ale prima aprilis jest dla mnie jednym z najbardziej chujowych świąt, jakie ludzkość na przestrzeni wieków wymyśliła. W zasadzie głupsza od prima aprilis jest tylko Wielkanoc, z tymi swoimi wszystkimi popieprzonymi wielkimi dniami, o których nic nie wiem i za bardzo pochłaniać tej wiedzy nie chcę.

Tak, prima aprilis musieli wymyślić Niemcy, albo inny, słynący z poczucia humoru naród. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że jednego dnia wszyscy najmniej śmieszni ludzie świata rozpoczynają swoje dowcipasne tańce godowe wokół innych osób i wręczają im kosze pełne chujowych dowcipów, obok których nawet Tadeusz Drozda przeszedłby obojętnie? Naprawdę, nawet Tadeusz Drozda ma wyjebane na prima aprilis. Dla niego to jedyny dzień, w którym odpoczywa od męki opowiadania swoich dowcipów. Ja w zasadzie też. I próbuję odciąć się od wszystkich kawalarzy, którzy są moimi znajomymi, by nie musieć sztucznie szczerzyć zębów w grymasie mającym przypominać uśmiech radująć ich, że opowiedziany dowcip był znośny. Nie śmieszny, po prostu znośny. A tak naprawdę nie był. Był chujowy, jak "Weekend" i mniej śmieszny od wszystkich części "American Pie" razem wziętych.

W zasadzie to prima aprilis jest właśnie takim "American Pie". Nieśmieszni ludzie opowiadają nieśmieszne żarty nieśmiesznym ludziom i śmieją się, bo poziom ich inteligencji nie pozwala im zrozumieć, jak żałosne dowcipy wydobyły się z ich otworów gębowych. Sex, ruchanie, walenie konia, kurwa-kurwa-kurwa i tak przez półtorej godziny. Zesrać się można ze śmiechu, prawda?

Prima aprilis to jeden z najgorszych dni roku. Aż dziwne, że to 1 września, a nie 1 kwietnia Niemcy rozpoczęły II Wojnę Światową. To byłby dopiero ubaw, gdyby Adi najechał na nas w prima aprilis. Mógłby do tego nałożyć kostium klauna; wpisałby się w klimat. A w swoim plastikowym, nazistowskim czołgu na odtwarzaczu kaset wideo mógłby puszczać "American Pie". Bo w sumie dlaczego nie?

piątek, 28 marca 2014

Nie było mnie na spotted

Nie wiem, cholera, nie mam bladego pojęcia co jest ze mną nie tak, że jeszcze nigdy nie trafiłem na żadne spotted. Albo chociaż na takie, do którego zaglądam. Od czasu do czasu rzucę okiem na wszystkie te pieprzone profile na fejsbuniu i czytam wynaturzenia osób, których zauroczył uśmiech, gil w nosie, krzywy ząb, nudna książka, wystające stringi i milion innych elementów, którymi w eufemistyczny sposób próbujemy zasłonić fakt, że napotkaną w danym miejscu/środku transportu osobę najchętniej byśmy wyruchali.

Czy nie taka jest prawda? Okej, być może dla części osób spotted to tak naprawdę forma jakiegoś dziwnego portalu randkowego, na którym chcą znaleźć miłość swojego życia. Nie przeczę, że tak jest, ale dla większości to po prostu doskonała okazja, by spróbować odnaleźć osobę, której chcielibyśmy zafundować całonocne jęki (z rozkoszy lub rozpaczy, niepotrzebne skreślić).

Wiecie, kiedyś prowadziłem na fejsbuniu profil jednego z serwisów randkowych, mniejsza w tym miejscu o nazwę. Nawet nie przypuszczacie, jakie osoby do mnie pisały i co umieszczały w treściach swoich wpisów. Mniejsza już o język, którego w większości nie rozumiałem. Skupiony na treści musiałem odnaleźć sens zbitki słów, w których najczęściej litery, cudem jakimś, zmieniały kolejność. Tak, jakby faceci pisząc te wiadomości robili to jedną ręką, dzierżąc w drugiej... No sami wiecie.

Uwierzcie jednak, że kobiety nie są w tym przypadku gorsze. O nie, one często przebijają nawet wpisy facetów. Czy to na spotted, czy też na tym profilu randkowym. Każda z nich myśli w sumie o tym samym. Jeśli w głowach facetów seks jest jednym z najczęściej wyświetlanych określeń, u kobiet wcale nie jest inaczej. Powiem więcej, jestem przekonany, że kobiety myślą o seksie równie intensywnie, tylko zbyt często się z tym kryją. W swojej przeważającej większości oczywiście. Te na spotted mają jasny cel.

Wszystkie te wiadomości sprowadziły moje myśli do jednego: wszyscy szukamy rypania i wykorzystamy do tego celu każdy kanał komunikacji. Nawet spotted. Dlatego tym bardziej jest mi smutno, że w zalewie wpisów o poszukiwaniu uroczego kogoś tam nikt jeszcze nie wspomniał o mnie...

środa, 26 marca 2014

Wymówki

Mija rok, to bolesne. Od prawie roku nic nie napisałem. Choćby jednego słowa, które miałoby większy sens. Niczego dłuższego. Niczego tak bardzo swojego. Niczego...

Sam nie wiem, jak to nazwać. Apatia? Być może. Lenistwo? Na pewno. A może najzwyczajniej w świecie brak odpowiedniej zachęty? Brak pieprzonej weny, o której kiedyś zdarzyło mi się, w ramach dość osobistego wywodu, napisać parę słów.

Być może wrócę do pisania. Nie chcę tego sobie obiecywać. W końcu teraz mam więcej czasu. Chociaż odrobinę, ale jednak więcej. Wciąż nie mam kartki i długopisu. Siedzę przed komputerem i zastanawiam się, czy one naprawdę były mi potrzebne? Czy nie stanowiły dla mnie dość wygodnej wymówki, by stanąć przed lustrem i z uśmiechem na ustach stwierdzić: "tak, stworzyłbyś coś wspaniałego, gdybyś tylko miał odpowiedni długopis oraz kartkę". Pieprzenie, nie stworzyłbym niczego. Tak samo, jak nie stworzę tego dzisiaj, jutro lub pojutrze.  Jakie to wszystko jest zresztą banalne. Wystarczy wynaleźć sobie trywialną wymówkę i w nią uwierzyć. Świat przestaje być skomplikowany, jeśli tylko potrafimy kształtować go odpowiednimi wymówkami.

Ochota do pisania musi wstępować powoli. Nie można jej na samym początku zabić lub przesadnie ją zamęczyć. Słowa muszą z wolna pojawiać się na ekranie; palce powinny coraz chętniej przeskakiwać po klawiszach, składając do kupy to, co pomyśli głowa.

Być może wrócę. Być może jestem w końcu na to gotowy, choć tak bardzo nie lubię blogować...

Categories

Categories

 

Jak wyżej Copyright © 2011 - |- Template created by O Pregador - |- Powered by Blogger Templates